Kobieta grająca na gitarze nie jest dziś niczym nadzwyczajnym
czy zjawiskowym ale przed oczami mamy raczej wizerunek gitarzystki
akompaniatorki. Z Twojego punktu widzenia, tego kobiecego, dlaczego
jest tak mała grupa kobiet traktująca gitarę jako instrument solowy?
K.G.
Przez wiele zastanawiałam się dlaczego właśnie jest tak mało
instrumentalistek-solistek, jeśli mówimy o gitarze. Tak się złożyło, że
ten instrument dopiero teraz zyskuje w rękach kobiety swój dźwięk i
barwę a także delikatność i odmienny wyraz. Niemniej jednak tych
grających na gitarze solistek jest kilka jak choćby Susan Weinert z
Niemiec, Leni Stern, jest też w końcu gitarzystka, która grała z
Michaelem Jacksonem (Jennifer Batten). Z pewnością jest to instrument
trudny, wymagający ogromnego poświęcenia i zaangażowania no i jest to
jednak „męski świat”. Trzeba się borykać z mężczyznami (śmiech), trzeba
z nimi współpracować i wykazać dużą odporność psychiczną i siłę
charakteru.
Ale mam nadzieję, że to borykanie się z mężczyznami czasami jest przyjemne?
K.G.
Oczywiście, nie powiedziałem tego w znaczeniu negatywnym, natomiast
jako młoda dziewczyna byłam otoczona praktycznie wyłącznie mężczyznami.
Przecież tu nie chodzi tylko o gitarę ale o środowisko jazzowe, które
jest zdominowane przez mężczyzn. W pewnym momencie miałam już odczucia
w rodzaju: dlaczego w tym światku nie ma dziewczyn! Ja chcę być
chłopakiem (śmiech). Trochę żałowałam, że jestem dziewczyną! Tyle, że
po jakimś czasie zauważyłam swoje atuty czyli kobiety grającej na
gitarze.
A zdawałaś sobie sprawę z tego, że przez pierwsze
lata kariery będziesz postrzegana przez pryzmat właśnie kobiety
gitarzystki jazzowej, bardziej zjawiska i przepraszam za określenie
ciekawostki niż rasowego jazzowego muzyka? Jak sobie z tym radzisz i
czy w ogóle o tym myślisz?
K.G. Teraz już o tym nie myślę,
może tak było na początku mojej kariery. Wydaje mi się, że moja muzyka
mówi sama za siebie. Tutaj nie trzeba nic dopowiadać, zawsze byłam za
tym, żeby jakość i wartość płyt stała za artystą a nie jego płeć, czy
kwestie związane z jego życiem osobistym. Mam wrażenie, że w ostatnim
czasie media przerzucają ciężar z tego co artysta tworzy na to czym się
zajmuje prywatnie lub jakie są jego preferencje seksualne. Te kwestie
są dla mnie drugorzędne, najważniejsza jest muzyka i czy tak naprawdę
przetrwa próbę czasu.
Zaczynałaś jako gitarzystka klasyczna.
Czy osiągałaś na tym polu sukcesy i czy trudny był wybór i decyzja o
wyborze gitary elektrycznej?
K.G. Mając 17-18 lat byłam już
typowana na konkursy gitarowe (klasyczne) ale dla mnie gitara
akustyczna ma zbyt małe możliwości ekspresji, dynamiki i barwy. Poza
tym zauważyłam, że to instrument bardzo kameralny i dla mnie zbyt mało
współczesny w tym sensie, że nie dawał mi możliwości grania np. w dużym
zespole, bycia leaderem, operowania różnymi brzmieniami a to wszystko
daje gitara elektryczna.
Sam proces i dochodzenie do jazzu był szybki i burzliwy czy stopniowy i łagodny?
K.G.
To była dosyć zabawna sytuacja. Do 16-tego roku życia właściwie w ogóle
nie słuchałam jazzu a jak grali go w radiu to z reguły zmieniałam
stację bo uważałam, że ta muzyka była dla mnie mało harmoniczna
(śmiech). Nie potrafiłam się odnaleźć szczególnie przy starym,
swingowym jazzie. Pewnego razu, przez przypadek, znajomy wręczył mi
bilet na koncert w ramach Jazz Jamboree w Warszawie i w ten oto sposób
trafiłam na koncert Michaela Brackera. To był koncert praktycznie
zagrany solo, Brecker korzystał dodatkowo z sequencera. Bardzo mi się
spodobał, to był jazz energiczny, młody i pełen pasji, to był dla mnie
przełom. Po koncercie dotarło do mnie, że właśnie to chciałabym w życiu
robić.
Pamiętasz swoją pierwszą gitarę elektryczną? Co Cię
urzekło w gitarze elektrycznej, co czułaś, jakie emocje, które
wnioskując z tytułu ostatniej płyty są dla Ciebie bardzo ważne?
K.G.
Tak naprawę dokładnie nie pamiętam. Ta gitara po prostu była, kupiłam
ją i stała a ja w tym czasie więcej czasu poświęcałam gitarze
klasycznej. To przejście było dosyć naturalne. W tym akurat przypadku
nie towarzyszyły temu zdarzeniu większe emocje (śmiech).
Jeśli
chodzi o Twoją edukację to była bardzo gruntowna i wszechstronna.
Poznałaś dwie szkoły, upraszczając polską i austriacką. Są różnice?
K.G.
W tym czasie kiedy studiowałam w Grazu ta szkoła była mocno związana z
Berklee School Of Music i bardzo wiele zdarzyło się czasie mojej
edukacji w Austrii. Dotyczy to głównie warsztatów jazzowych ze
znakomitymi amerykańskimi muzykami. Miałem lekcje z Billem Dobinsem czy
Clarke Fischerem, który pisał partie smyczkowe dla Prince’a. Miałam
także zajęcia z Karlem Ratzą, który grał z Chetem Bakerem czy Chaką
Khan. Pracowałam też z Waynem Braselem, amerykańskim gitarzystą który
nagrywał z Peterem Erskinem czy Johnem Patituccim. To znakomici muzycy
z niezwykłym doświadczeniem. Najciekawsze jest to, że te wszystkie
osoby mające status gwiazdy, nie zachowują się jak gwiazdy w naszym
rozumieniu. Są bardzo komunikatywni i naturalni. Powiedziałabym, że ten
mój rozwój muzyczny w Austrii był bardziej liniowy, bez kompleksów.
Poza tym uważam, że Polacy w ogólnie nie powinni mieć kompleksów jeśli
chodzi o jazz w Europie, bo stanowimy absolutną czołówkę.
Wymieniłaś
kilka osób pewnie ważnych dla Ciebie. Jacy jeszcze muzycy mieli
największy wpływ na to, że jesteś akurat w tym miejscu a nie innym. Nie
mam tu wcale na myśli ulubionych gitarzystów.
To oczywiste, że nie
tylko gitarzyści stanowią źródło inspiracji. Przez wiele lat
inspirowałam się muzyką klasyczną: Schoenbergiem, Bergiem, Webernem,
słuchałam Lutosławskiego, chodziłam na koncerty „Warszawskiej Jesieni”,
„Jazz Jamboree” czy „Warsaw Summer Jazz Days”. Inspirowałam się muzyką
Pata Metheny i Billa Frisela. Z polskich muzyków bardzo sobie cenię
Namysłowskiego, Anię Jopek i tak naprawdę bardzo wiele osób gdyż
uważam, że muzyk powinien być wszechstronny i otwarty.
W
Twojej grze bardzo podoba mi się, że nie grasz stu dźwięków na sekundę,
że raczej szukasz tego właściwego dźwięku, ciekawego brzmienia.
Technikę gry, warsztat masz świetny czy nie korci Cię aby zaszaleć, czy
ten element ekspresji pozostawiasz na koncerty?
K.G. To
wynika bardziej w osobowości i tak naprawdę dopiero później od innych
dowiaduję się, że tak właśnie jest. W momencie samego procesu twórczego
to wynika z mojej wrażliwości, natomiast wiele lat ćwiczeń oraz
praktyka na scenie i w studiu powoduje to, że zastanawiam się co
zagrać. To słychać np. w grze George’a Bensona, który gra dość
oszczędnie a brzmi znakomicie. To nie jest kwestia ile się zagra ale
jak! Dla mnie o wiele ważniejsze jest ciepłe brzmienie, barwa i to,
żeby przekazać jak najwięcej emocji dość oszczędnymi środkami. Reguła
złotego środka arystotelesowskiego zawsze mi w życiu towarzyszy,
zresztą nie tylko w muzyce.
W dużej mierze Twoja muzyka jest odbiciem Twojej osobowości?
Myślę,
że tak, tym bardziej że wszystkie kompozycje są mojego autorstwa a więc
moje przemyślenia. Dotyczy to szczególnie ostatniej płyty, pod którą
mogę podpisać się obiema rękami, jest dojrzała i przemyślana.
Jeśli
ta muzyka jest odbiciem osobowości to wnioskuję, że z natury jesteś
kobietą raczej łagodną, romantyczną choć pewnie w tym łagodnym życiu
też zdarzają się burze i zawirowania?
K.G. Tak, potrafię
postawić na swoim, kiedy trzeba być leaderem zespołu choć staram się
pracować zespołowo, czego przykładem „Emotions”, która została tak
naprawdę zaaranżowana przez cały zespół. Uwielbiam interakcję między
muzykami, dopowiedzenia do tematu który tworzę. Jeśli jednak bardzo mi
na czymś zależy to stawiam na swoim. Jestem też zmienną jak każda
kobieta (śmiech).
Kiedy tak naprawdę pomysł na „Emotions” zaczął się materializować?
„Emotions”
wydałam dla Diuna Club, wytwórni którą sama założyłam. I absolutnie nie
marzy mi się żadna wielka wytwórnia w takim kształcie jak wygląda to na
naszym rynku, ponieważ one głównie przeszkadzają artyście a nie
pomagają. Takie jest moje zdanie i zdanie innych muzyków, którzy wydają
w dużych wytwórniach. Dotyczy to przede wszystkich kwestii finansowych.
No i masz całkowitą kontrolą nad samym materiałem, bez konieczności pójścia na jakiekolwiek kompromisy?
K.G.
Oczywiście. Patrząc na to co dzieje się na rynku, to właśnie zmierza w
tym kierunku i problemem dla artysty zakładającego własną firmę jest
tak naprawdę tylko skuteczna promocja i dystrybucja płyt.
Nie wiem czy się ze mną zgodzisz ale wszystko to co najlepsze w polskiej muzyce ostatnich lat powstaje na rynku niezależnym?
Nie
ma innego wyjścia i będę może trochę brutalna ale znając branżę i
ludzi, którzy tam pracują wiem, że nie są do końca ludźmi
kompetentnymi, natomiast znają się na sprzedaży i biznesie. Muzyka jest
sztuką, którą oczywiście też się sprzedaje ale dla nas muzyków,
artystów liczą się nie tylko zyski.
Na „Emotions” grasz w kwartecie. To już jest ten wymarzony skład z tzw. chemią na scenie i w studiu?
K.G.
Ogromnie się cieszę, że od dwóch lat współpracuję z tymi samymi
muzykami. Wprawdzie zmienił się ostatnio basista i Michała Grotta
zastąpił Filip Sojka. Ta zmiana jest korzystna dla zespołu, Filip
wniósł dużo dojrzałości ale również nowych pomysłów.
Zarekomendowałaś już Filipa więc kilka słów o innych muzykach z twojego zespołu?
K.G.
Każdy z nich ma silną osobowość. Perkusista Przemek Knopik gra solowe
koncerty i jest kipiącą energią na scenie Zdzisław Kalinowski to
świetnie wykształcony pianista po Akademii Muzycznej w Gdańsku. Każdy z
nich wzniósł oprócz nienagannej techniki ogromną jakość.
Jak
przebiegała sama praca w studiu. Czy jesteś osobą, która musi wejść do
studia z perfekcyjnie dopracowanym materiałem czy tak naprawdę tylko ze
szkicami?
K.G. Z mojego punktu widzenia lepiej mieć w miarę
realną wizję tego, co chce się nagrać. Praca w studiu przebiega wtedy o
wiele szybciej. W przypadku poprzedniej płyty („Ultra”) były to tylko
szkice i dlatego też trwało to aż dziewięć miesięcy. Po tych
doświadczeniach doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. W przypadku
„Emotions” było zupełnie inaczej. Tematy napisałam w wakacje 2008 roku,
na jesieni trwały próby z zespołem a następnie praca w studiu przez dwa
miesiące.
Miałaś też wyobrażenie przed wejściem do studia jak płyta powinna brzmieć?
K.G.
Mniej więcej słyszę jak bym chciała aby płyta brzmiała. Wcześniej
graliśmy już koncerty z tym materiałem więc wiedziałam czego chcę, było
mi łatwiej.
Nie wiem czy się ze mną zgodzisz ale „Emotions” brzmi
dla mnie bardzo ciepło, wręcz analogowo a przez to bardzo kobieco.
Traktuję to oczywiście jako komplement, fajnie że czujesz, że jest to
kobieca płyta (śmiech).
Rzeczywiście emanuje to kobiece ciepło i mam tu na myśli również Twoje kompozycje. Zgodzisz się, że jesteś typem melodyka?
K.G.
Absolutnie, dla mnie melodia i harmonia są najważniejsze. Rytm także
ale jak komponuję to najpierw myślę jednak o melodii, strukturze
harmonicznej, centrach tonalnych, przejściach razem połączonych z
melodią.
No właśnie, chwilami Twoja gitara brzmi wręcz śpiewnie jak w pięknym i słonecznym „Sunny”.
K.G.
Słyszałam opinie, że ta płyta świetnie nadaje się nie tylko na
słoneczne poranki, np. po prysznicu na optymistyczne rozpoczęcie dnia
ale także np. na wieczór we dwoje. Mam nadzieję, że „Emotions” jest na
różne chwile, momenty w życiu, które mają nastroić pozytywną energią.
W
tej sferze nagraniowej świetnie zostały wyważone proporcje. W składzie
jest fortepian ale jednak przez cały czas nie mamy żadnych wątpliwości,
że jest to płyta gitarowa, że tym najważniejszym instrumentem jest
gitara?
K.G. Nad płytą pracowałam z Winicjuszem Chróstem, z
którym zresztą zrealizowałam już trzeci materiał. On też jest
gitarzystą, było nam więc łatwiej wypracować sposób eksponowania gitary
i uzyskać jak najpełniejsze jej brzmienie. Do tego oczywiście ma
świetne warunki w studiu ku temu, żeby tworzyć rzeczy wyjątkowe.
Czy podczas nagrywania „Emotions” trochę eksperymentowaliście z brzmieniem, ustawieniem mikrofonów?
K.G.
Przy każdej płycie trochę eksperymentujemy. Szuka się najlepszych
rozwiązań brzmieniowych ale z drugiej strony mam tak wspaniałą gitarę,
zresztą odziedziczoną po Winku Chróście, że już przy poprzedniej płycie
na niej zagrałam. On wtedy powiedział, że ona jest dla mnie stworzona,
nie sprzedam jej, poczeka na Ciebie. Po dwóch, trzech latach, po
zebraniu pieniędzy odkupiłam ją od niego. Tak naprawdę ta gitara
(Gibson) świetnie brzmi z „kabla w stół”, do tego dobry equalizer,
trochę pogłosu i to wszystko. Brzmienie nie wynika oczywiście tylko z
gitary ale również z ręki, to jest kwestia dotyku kostką do strun oraz
pracy lewej ręki.
Ostatnio przeczytałem, że nagrałaś
bardzo udany album smooth jazzowy i trochę się zdziwiłem. W warstwie
melodycznej może tak ale w brzmieniu to raczej delikatne, lekkie ale
jednak fusion.
K.G. Myślę, że akurat mojej muzyce to nie
przeszkadza, dlatego że gdzieś krytycy muszą zaklasyfikować tę moją
twórczość. Jak nazwą ją delikatnym fusion to zdecydowanie mniej ludzi
będzie wiedziało o co chodzi (śmiech). Natomiast co do meritum to się
zupełnie z Toba zgadzam, jest to lekkie fusion, to jest bardzo dobre
określenie.
Jest szansa aby ten nowy album ukazał się w innych krajach?
Mam
nadzieję i będziemy prowadzić rozmowy. Dotyczą one również nie tylko
wydania płyty ale może przede wszystkim, aktywności koncertowej w
Europie. Oczywiście nie zapominamy o koncertach w Polsce, których
zaplanowywanych jest w najbliższych miesiącach naprawdę sporo (dotyczy
to głównie festiwali jazzowych).
Zwracasz uwagę na to jak słuchasz muzyki, w jakich warunkach i na jakim sprzęcie?
K.G.
O tak! Dla mnie niezmiernie ważna jest jakość dźwięku i to na czym się
słucha. Mam kolumny Acoustic Energy i wzmacniacz NAD. Przyznaję się, że
to był dla mnie ważny wybór i długo zastanawiałam się nad takim a nie
innym sprzętem.
A jakie tytuły płyt wymienisz jeśli chodzi o genialne brzmienie i jednocześnie świetną jakość samej muzyki?
K.G.
Bardzo dobrze wyprodukowane są ostatnie płyty Prince’a, gdzie dodatkowo
jest wiele fajnych eksperymentów brzmieniowych. Z płyt jazzowych bardzo
lubię Cassandrę Wilson „Blue Moon Daughter”, akustyczność tej płyty
jest zjawiskowa. Podobają mi się niektóre tytuły z muzyki klasycznej,
które prezentują tango. Świetnie brzmią płyty wokalistki i gitarzystki
Badi Assad czy „Future 2 Future” Herbie Hancocka, szczególnie właśnie
na kolumnach Acoustic Energy. Znakomitej muzyki i dobrze nagranej jest
oczywiście o wiele więcej.
Rozmawiał: Sylwester Podgórski, Polskie Radio Koszalin