Stare rockandrollowe porzekadło głosi, że gitara - zwłaszcza w wersji
"z prądem" - jest najdoskonalszym przedłużeniem męskości. Dziewczyny,
owszem, mogą sobie czasem brzdąknąć parę akordów na boku albo podegrać
jakiś prosty motyw pod wokalne popisy, ale żeby brały się za wymiatanie
solówek? Żeby wychodziły z lśniącym Gibsonem na krawędź sceny i
skupiały uwagę publiki na swoich karkołomnych popisach? Nigdy. Nawet
przedszkolak wie, że to domena zarezerwowana dla napakowanych
testosteronem muzycznych gladiatorów.
A jednak historia muzyki
zna nieustraszone instrumentalne buntowniczki, które zamiast poświęcić
się błyskotliwej karierze skrzypaczek, pianistek czy - w ostateczności
- basistek, biorą w swoje wypielęgnowane rączki elektryczne wiosła i
rzucają wyzwanie pławiącym się w gitarowym samouwielbieniu facetom.
Weźmy choćby taką Jennifer Batten, która przez lata wycinała ogniste
solówki u boku samego Michaela Jacksona (a już w najbliższą środę
przybędzie do Polski, aby nagrać nową wersję megahitu "Dirty Diana" na
potrzeby soundtracku do filmu "Kochaj i tańcz"). My też mamy podobną
rebeliantkę. To nasza czołowa wymiataczka jazzowa Krzysia Górniak,
której najnowszy album "Emotions" już dziś trafia do sklepów.
Trzecia
płyta w dyskografii urodziwej gitarzystki to rozpisana na dziewięć
błyskotliwych, instrumentalnych kompozycji przejażdżka po rozległych
równinach smooth jazzu, urozmaicona od czasu do czasu wycieczkami w
stronę funkowych rytmów, popowej przebojowości czy latynoskiego
temperamentu. Panna Górniak dzielnie podąża śladami swojego
największego idola Pata Metheny'ego, łącząc landrynkową delikatność
frazowania z podsłuchanym u mistrza zamiłowaniem do żonglowania barwami
i umiejętnością tworzenia przyjemnego, ulotnego klimatu.
Złośliwcy
pewnie zakrzykną, że oryginalności i prawdziwej wirtuozerii w tym jak
na lekarstwo, a piękna Krzysia swoją pozycję w panteonie rodzimych
jazzowych sław zawdzięcza głównie pozamuzycznym atutom (kto widział jej
popisy na żywo, wie, o czym mowa). Nie dajcie się jednak zwieść tym
podłym insynuacjom. Choć nasza bohaterka do demonów szybkości
rzeczywiście nie należy i ponadsupersoniczne wygibasy przedkłada
nastrojowe, melodyjne improwizacje, pod względem elegancji i wyczucia
smaku rozkłada na łopatki większość męskiej konkurencji.
Dodajmy,
że oprócz tego całkiem nieźle maluje, ma w kieszeni dyplom filozofa i
od paru lat realizuje się na niwie show-biznesu jako właścicielka
znanego warszawskiego klubu Diuna. Co wy na to, panowie? (Polska The
Times/ 3.02.2009, Marek Świrkowicz)