Liczy się osobowość
Rozmowa z gitarzystką Krzysztofą Górniak.
Krzysztofa
Górniak jest dziewczyną wyjątkową. Choćby z tego powodu, że gra jazz, a
więc muzykę, w której z pełnym powodzeniem realizuje się bardzo
nieliczne grono kobiet.
Robert Buczek: Przyznam, że
zaimponowałaś mi. W książeczce załączonej do Twojej debiutanckiej płyty
"Tales" przeczytałem, że ukończyłaś Wydział Jazzu w Szkole Muzycznej II
stopnia w Warszawie, rysujesz, malujesz, gdy miałaś dziewiętnaście lat
zdobyłaś pierwszą nagrodę w ogólnopolskim konkursie fotografii
artystycznej, jesteś magistrem filozofii, a obecnie studiujesz na
piątym roku Wydziału Jazzu Uniwersytetu Muzycznego i Sztuki
Dramatycznej w Grazu. To doprawdy rzadko spotykana wszechstronność. Czy
muzyka zawsze odgrywała wśród Twoich rozlicznych zainteresowań
pierwszoplanową rolę, czy też bywało, że miała silną konkurencję?
Krzysztofa
Górniak: Muzyka jest moją największa pasją, czuję, że jest to medium,
dzięki któremu mogę najpełniej wyrazić siebie. Miewam czasami takie
okresy, kiedy skupiam się na innej dziedzinie, ale zawsze szybko muzyka
wraca na pierwszy plan. Zawsze chciałam grać. Gdy miałam siedem lat
zaczęłam ćwiczyć na fortepianie, w wieku dziesięciu lat rozpoczęłam
naukę gry na gitarze klasycznej, na której zresztą gram cały czas.
Mniej więcej w dziewiętnastym roku życia zafascynowała mnie gitara
elektryczna, która obecnie jest moim podstawowym instrumentem.
Bardzo
wcześnie zaczęłam także malować i tymi dwiema dziedzinami, muzyką i
malarstwem, zajmowałam się równolegle. Tak naprawdę jednak, muzyka
siedzi we mnie głębiej, jest najważniejsza. A szczególnie mojej
osobowości odpowiada jazz. Grając jazz, muzykę żywą, improwizowaną,
można najpełniej wyrazić emocje. Dlatego skończyłam wydział jazzu w
szkole warszawskiej, a obecnie kończę studia w Grazu.
R.B.: Kiedy zainteresowałaś się jazzem?
K.G.:
Najzupełniej przypadkiem. Gdy miałam szesnaście lat dostałam bilet na
Jazz Jamboree, na koncert Michaela Breckera. To było jak objawienie,
nogi mi się trzęsły po tym koncercie. Od tej pory wiedziałam, że chcę
grać jazz. Proces związany ze zmianą instrumentu z gitary klasycznej na
elektryczną, bardziej odpowiadającą jazzowej ekspresji, trwał około
trzech lat. Zaczęłam szukać warsztatów jazzowych oraz możliwości grania
jazzu na gitarze elektrycznej. Gitara klasyczna nie była tym medium,
które odpowiadałoby mojej osobowości i w dość krótkim czasie straciłam
ochotę, by na niej grać.
R.B.: Co takiego jest w jazzie, by warto mu było poświęcić się bez reszty?
K.G.:
By grać jazz trzeba być kreatywnym, ta muzyka zmusza do aktywnego
tworzenia. Ponieważ jedną z najważniejszych jej cech jest improwizacja,
muzyk grający jazz musi być twórczy w każdym momencie. Zawsze dużo
komponowałam, chciałam grać własną muzykę. A w jazzie tkwi ogromny
potencjał, dający artyście swobodę i wielkie możliwości pokazania
poprzez muzykę swojego wnętrza.
R.B.: Porozmawiajmy
przez chwilę o Twojej płycie. Wydaje mi się, że jest ona rozłamana na
dwie części: pierwszą, bardziej spokojną, stonowaną, ale też bardziej
zachowawczą, rzekłbym "grzeczną", oraz drugą, bardziej urozmaiconą, w
której pojawiają się odważniejsze pomysły, ciekawsze brzmienia, więcej
dynamicznego różnicowania. Jest to o tyle zrozumiałe, że pierwsze trzy
kompozycje napisał basista zespołu Evangelos Tzimkas. Pozostałe wyszły
spod Twojej ręki, z wyjątkiem ostatniej, której autorem jest bardzo
interesujący gitarzysta fiński Mikko Iivannainen, grający zresztą
gościnnie w kilku utworach.
K.G.: Nie mam takiego
wrażenia, by płyta była "rozłamana" i nigdy nie myślałam o utworach,
które znalazły się na płycie w ten sposób, to znaczy, by były one w
zamierzony sposób podzielone na kompozycje Tzimkasa i moje. Płyta była
tak pomyślana, by rosło napięcie. Kompozycje basisty są rzeczywiście
bardziej spokojne, bardziej "soft", dlatego znalazły się na początku.
Układając program nie patrzyliśmy na przykład w ten sposób, że płytę
otwierać powinien jakiś hit, ale chodziło nam o to, by muzyka rozwijała
się dramaturgicznie. PóĄniej, w kompozycji gitarzysty Mikko
Iivannainena muzyka skłania się nawet w stronę free. Początek jednakże
miał być taki, by nasze granie otworzyło się na słuchacza. Celem nagrań
nie było też pokazanie tylko mnie i mojej gitary, ale jakiejś szerszej
całości muzycznej. Mam nadzieję, że na "Tales" znalazła się muzyka,
którą odkrywa się przy drugim, trzecim słuchaniu, w której cały czas
można się doszukać nowych elementów.
Materiał jest bardzo
różnorodny, ale jak bym grała cały czas rockowe numery, takie jak
czwarty w kolejności, zatytułowany "Lakki", to nie byłaby to moja
muzyka, grałabym wbrew mojej naturze.
R.B.: Jak doszło do powstania płyty "Tales"?
K.G.:
Na płycie znalazła się muzyka z trzech lat - poszczególne utwory
nagrywane były od 1998 do 2000 roku. Każda z kompozycji opowiada jakąś
historię, stąd zresztą tytuł płyty. Na przykład utwór zatytułowany
"Nikolas" Tzimkas napisał w Wiedniu dla swojego młodszego brata, z
tęsknoty za wspólnymi żartami, "When I leave" powstał, gdy opuszczałam
Saloniki, mając przed oczami wspomnienia przepięknej Grecji, "Friends",
to utwór o przyjaĄni, najważniejszym obok miłości uczuciu, jakie rodzi
się pomiędzy ludĄmi. I tak dalej, i tak dalej. Jest to więc płyta o
miłości, o przyjaĄni, o tym, że słońce wstaje nad morzem i jest piękna
pogoda. Jej klimat jest łagodny, "softowy", emocjonalnie jest pozytywna
a energetycznie bardzo rozluĄniająca. W każdym utworze jest część nas,
naszych przeżyć z różnych okresów. Są one dla mnie wspomnieniem,
przeszłością. Podsumowaniem pewnego, bardzo cennego etapu w moim życiu.
Teraz pracuję już zupełnie nad innym projektem. Nowa płyta ma być
ostrzejsza, energetyczna, z groove'ami pod spodem. Nie będzie to płyta
jazzowa, raczej z pogranicza undergroundu i jazzu, trochę w stylu
Bjoerk, trochę Massive Attack. Będzie zupełnie inna od "Tales" i mam
nadzieję, że bardzo oryginalna. W składzie znajdzie się oprócz gitary:
wokalistka, keyboardy i sekcja. Wszystkie kompozycje będą
R.B.: Uczyłaś się jazzu w Polsce, teraz studiujesz w Austrii. Czy mogłabyś porównać poziom edukacji jazzowej w obu krajach?
K.G.:
Przykro jest mi to mówić, ale jest dużo amatorszczyzny w nauczaniu
jazzu w Polsce. Mamy świetnych muzyków, którzy jednakże nie potrafią
uczyć. Brak jest spójnego systemu nauczania. W Grazu jest bardzo silny
wydział gitary. W Polsce nie miałabym okazji spotkać takich osobowości
artystycznych i pedagogicznych zarazem, jak na przykład Garison Fewell.
Może jedynie na warsztatach jazzowych. Poza tym środowisko w Polsce
jest bardzo zamknięte. Wszystko co przychodzi z Ameryki bierzemy bez
zastrzeżeń, a z pewnością bardzo cenny byłby też kontakt z muzykami
europejskimi. W Polsce występuje głód gwiazd, a naprawdę wartościowa
sztuka nie rodzi się z bezgranicznego uwielbienia, ale dzięki
inspirującym impulsom i partnerskiej współpracy. Na przykład w Grecji
zachwyciłam się wykonywaną tam muzyką, oryginalnym podejściem artystów,
grą na światowym poziomie. Zresztą każdy z krajów europejskich może
wnieść do jazzu wartościowe, ożywcze elementy, związane z narodową
tradycją muzyczną, odmienną wrażliwością, czego chyba najlepszym
dowodem są sukcesy muzyków skandynawskich. Generalnie jednak cała
Europa jest podzielona, muzyka za mało się miesza i to nie jest dobre.
Myślę, że w Europie jest bardzo silny i wartościowy nurt muzyki
improwizowanej, który jednak się nie przebija bo jest zdominowany przez
muzykę amerykańską. Szkołę w Grazu polecam wszystkim młodym ludziom, o
ile oczywiście zdadzą egzamin. Jest to chyba jedna z najlepszych szkół
europejskich.
Ma stały kontakt z Berklee, dzięki czemu na
workshopach pojawiają się tamtejsi pedagodzy. Z całą pewnością w Polsce
nigdy bym się tyle nie nauczyła, albo zajęłoby mi to o wiele więcej
czasu. U nas edukacja muzyczna opiera się na samouctwie i talencie. I
wszystko fajnie, tylko, że wypadałoby ten talent jak najlepiej
rozwijać. O ten rozwój jest w Polsce niezwykle trudno.
R.B.: Dobra szkoła jest ważna o ile nie niszczy indywidualizmu...
K.G.:
Nie myślałam nigdy w tych kategoriach. Jak się ma silną osobowość, to
można się nie dać stłamsić nawet przez najbardziej rygorystyczny
system. A muzyk musi mieć silną osobowość. Jeżeli dał się zdominować,
to znaczy, że osobowości nie miał i się na muzyka nie nadawał. W jazzie
trzeba być wciąż skoncentrowanym, aktywnym. Gdy wychodzę na scenę mam
przed sobą na ogół 200, 300 osób, czasami o wiele więcej, i muszę grać.
I albo mam coś do powiedzenia albo nie ma dla mnie na tej scenie
miejsca. Trzeba wiedzieć czego się chce. A jak się wie, to szkoła nie
jest w stanie tego zniszczyć.
R.B.: Ostatnio jeden z
młodych polskich saksofonistów żalił się, że dla wykładowców najlepszej
polskiej szkoły jazzowej czas zatrzymał się na początku lat 60., a na
przykład "póĄny" Coltrane, Ornette Coleman czy Dolphy to są rzeczy
zupełnie niezrozumiałe, których się nie tylko nie uczy, ale nawet się o
nich nie rozmawia, nie pokazuje się ich studentom. A przecież obecnie
jest to klasyka, bez znajomości której współczesny muzyk jazzowy jest
niekompletny.
K.G.: W Grazu jest inaczej. Mieliśmy całe
serie zajęć na których graliśmy tylko Coltrane'a, tylko Colemana, tylko
Coreę i tak dalej.
R.B.: Co chciałabyś przekazać swą grą, jaka według Ciebie powinna być muzyka, Twoja muzyka?
K.G.:
Cenię sobie oryginalną muzykę, która płynie z wnętrza artysty. Muzykę,
o której można w stu procentach powiedzieć, że jest jego. Dlatego nie
nagrałam płyty ze standardami. Znam wiele standardów, grywałam je
wielokrotnie na jamach, ale nie widzę w tej chwili powodów, by je
nagrywać. Wolę skupić się na własnej muzyce, własnych kompozycjach.
Grając chciałabym przekazać część siebie, być autentyczna i szczera w
tym co robię. Muzyka jest tak szeroka, w sensie stylistycznym, że
odnalezienie siebie w tym bogactwie jest bardzo trudne. Istotne jest,
by posiąść indywidualne brzmienie, wyraz. Tak, by ktoś słysząc kawałek
twojej muzyki wiedział, że to jesteś ty. Tak jak w przypadku Dextera
Gordona, Chica Corei i innych wybitnych jazzmanów, których rozpoznaje
się już po paru dĄwiękach. Trafiasz na jakąś muzykę, której jeszcze
nigdy wcześniej nie słyszałeś i możesz powiedzieć: "czy to nie jest
czasem nowa płyta Corei?" Chcę przez dotknięcie gitary, przez
brzmienie, uzyskać właśnie taki, indywidualny efekt. Mój profesor w
Grazu mówi tak: "Jest 20000 gitarzystów, jednym uchem wpadają, drugim
wypadają, a jeden jest taki, że wpada i... zostaje". Najważniejsze jest
by grając poszukiwać siebie.
R.B.: Czy komponując oraz improwizując kierujesz się bardziej emocjami, temperaturą chwili, intuicją czy intelektem?
K.G.:
To trudne pytanie. Uważam, że muzyk jest tylko "radiem", kimś kto
wychwytuje fale energetyczne, które płyną wokół nas, kimś kto zbiera je
i nadaje im kształt, indywidualny wyraz. Tak powstaje muzyka. Trudno
jest w jakiś sposób oddzielić emocje od intelektu, czy wpływ chwili od
intuicji, albo określić proporcje, stwierdzić co ma większy wpływ na
muzykę, bo w proces tworzenia zaangażowany jest cały artysta.
R.B.: Jakiej muzyki słuchasz, co Cię najbardziej inspiruje?
K.G.:
Słucham bardzo różnej muzyki, od bardzo lekkiej, granej przez DJ-ów,
komputerowej aż po free jazz. Nie chcę się ograniczać. Myślę, że ważne
jest, by chłonąć różne rzeczy, by być cały czas wewnątrz świata
muzycznego. Istotne jest, by muzyka była dobrze zrobiona, miała dobrą
jakość i energię. Z gitarzystów najbardziej cenię Metheny'ego,
Frisella, Abercrombiego, Scofielda, Bensona i oczywiście klasyków:
Passa, Halla, Montgomery'ego. Czyli tych co wszyscy. Najbardziej
Metheny'ego i Abercrombiego, co zresztą chyba można usłyszeć na
"Tales". Lubię też Satrianiego. Z innych muzyków... Właściwie to raczej
inspirują mnie poszczególne płyty. Mam pomysł, by zrobić program w trio
na gitary akustyczne. Lubię klasyczne rzeczy, ciągle mogę do nich
powracać. Słucham też takich wykonawców jak Sting czy Shade. Uwielbiam
Eberharda Webera i Garbarka. Gdy grają razem tworzą zupełnie
niepowtarzalną muzykę. Podobnie jest z Marylin Mazur w tym zespole.
Jak
grała z innymi, to już nie było to. Niezwykle ważne jest, by dobrać
sobie odpowiednich partnerów. Gdy gram z Tzimkasem, to mam właśnie
takie odczucie, że nasze brzmienie jest takie jak powinno, a z innymi
już tak nie wychodzi. Zresztą teraz też mam sekcję, która razem działa
jak maszyna.
R.B.: Jesteś jedną z nielicznych
instrumentalistek grających jazz. Czy umiałabyś wyjaśnić, dlaczego na
scenach jest całe mrowie wokalistek, a kobiet-instrumentalistek,
grających nie tylko jazz, ale w ogóle muzykę rytmiczną - jak na
lekarstwo?
K.G.: Nie umiem odpowiedzieć dlaczego tak
jest. Faktycznie grających kobiet, którym udało się wybić jest
niewiele. Wśród gitarzystów jedyną kobietą jaką znam jest Susan
Weinert. Wiem, że zawsze chciałam grać na gitarze i gram. Więc nie jest
to niemożliwe. Mówiono mi: "grasz na gitarze, powinnaś też śpiewać". A
ja nie chciałam śpiewać tylko grać.
R.B.: Może więc wynika to z jakiegoś stereotypu, że mężczyzna ma grać, a kobieta śpiewać?
K.G.:
Chyba nie ma aż takiego podziału. W Grazu jest wiele instrumentalistek
i nie są one inaczej traktowane niż chłopcy. Myślę, że facetom jest
łatwiej żyć życiem muzyka, bo mają swoich kumpli, załatwiają sobie
grania. Trzeba mieć bardzo silną osobowość, by wytrwać przy muzyce.
Chciałam grać muzykę od dziecka, ale bywały momenty, kiedy moi koledzy,
gdy jeszcze nie grałam zbyt dobrze, naśmiewali się ze mnie. Nie było to
miłe i nie było łatwo sobie z tym poradzić. Facetom jakoś zawsze było
łatwiej odnaleĄć się w środowisku.
R.B.: Na płycie "Tales" grasz z samymi mężczyznami. Czy w Grazu poznałaś jakieś dziewczyny, z którymi mogłabyś, chciałabyś grać?
K.G.: Nie znalazłam nikogo takiego.
R.B.:
Może więc, by grać jazz czy rocka, generalnie muzykę rytmiczną, trzeba
mieć "męską" energię, szczególny rodzaj pulsu wewnętrznego, większą niż
u kobiet agresję? Może to jest kwestia testosteronu? Przecież wiele
kobiet gra wspaniale muzykę klasyczną, która wymaga innej wrażliwości,
innej ekspresji.
K.G.: Nie chciałabym się wikłać w
jakieś feministyczne dywagacje na temat czy kobiety mają to "coś", czy
nie mają. Nie wiem, może za dwadzieścia lat jazz i rocka będzie grać
coraz więcej kobiet. Myślę, że to, czy ktoś gra czy nie gra nie zależy
od płci, lecz od osobowości.
R.B.: Płyta "Tales" dowodzi, że Tobie osobowości z pewnością nie brakuje. Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych udanych nagrań.
Rozmawiał Robert Buczek tekst dostępny także...