K.M.: Właśnie ukazała się Pani trzecia płyta?
K.G.: Od kliku lat
prowadzę klub muzyczny Diuna Warszawie. W zeszłym roku założyłam
wytwornie Diuna Club, która funkcjonuje przy klubie i wydałam płytę
„Garden Of Love”. Trzecia płyta „Emotions” jest także wydana przez
Diuna Club i dystrybuowana przez Fonografikę.
K.M.: Jaki jest album „Emotions”?
K.G.:
"Emotions" to żywioł, ekspresja, improwizacja i przestrzeń. Emocje
kipią z wielu miejsc tej płyty. Jest tu zamknięta w jednym różnorodność
styli, która stanowi oryginalną mieszankę jazzu z elementami funky,
soulu, popu, a nawet muzyki latynoskiej. Muzyka jest mniej
strukturalnie zamknięta, niż na mojej poprzedniej płycie „Ultra”, jest
więcej improwizacji. Bardzo wiele zależy tutaj od zespołu, od muzyków,
ich interreakcji, porozumienia, przyjaźni i zaangażowania.Wszystko co
się dzieje, wynika z przepływu emocji. Myślę, że dla słuchaczy nie do
końca oswojonych z jazzem stanowi doskonałe źródło dobrych nastrojów, a
dla miłośników tego gatunku - możliwość delektowania się muzycznymi
niuansami i barwami.
K. M.: Jak długo powstawała płyta?
K.G.:
Co ciekawe, ta płyta nie powstawała długo. Z chłopakami z mojego
zespołu zaczęliśmy się regularnie spotykać w październiku 2007.
Przynosiłam kolejne kompozycje, siadaliśmy i razem je aranżowaliśmy,
myślę, że słychać nasze zgranie energetyczne, wynikające z wypływu
emocji, miłości, przyjaźni i wielu godzin prób i czasu spędzonego
razem. W grudniu weszłam do studia, a w styczniu 2008 płyta była już
skończona. Potem przeleżała jeszcze rok do momentu wydania w
szufladzie, gdyż w międzyczasie wydałam jeszcze „Garden Of Love”.
Czuję,
że "Emotions" jest to płyta, pod którą podpisuję się obiema rękami,
moja dojrzała produkcja, której każdy moment jest dla mnie ważny. Teraz
mogę już myśleć o nowej.
K.M: A czy inspiracją do założenia Diuny był może legendarny klub Akwarium?
K.G.:
Życie muzyka jazzowego, to życie w klubie. Już jako młoda dziewczyna,
która dopiero zaczynała grać jazz – miałam 17, 18 lat – chodziłam z
gitarą do Akwarium i grałam na jam session. Pamiętam nawet jam, gdy po
zagraniu, siedziałam za sceną i płakałam, bo coś mi nie wyszło.
Pocieszał mnie tam „Bocian”, ten saksofonista, Piotr Cieślikowski.
Pamiętam jak mnie pogłaskał po głowie i mówił, że nie warto się
przejmować, że przecież fajnie wyszło. Chodziłam do Akwarium, aż
wyjechałam do Grazu na studia, potem klub zamknęli, a ja zawsze sobie
myślałam, że fajnie by było mieć swój klub, grać w miejscu, gdzie się
nie jest uzależnionym od innych. Natomiast teraz, po 5 latach
prowadzenia klubu Diuna, większą część obowiązków przekładam na innych,
jestem już głównie obecna duchem. Dziłalność gastronomiczna pochłania
wiele czasu, a ja chciałabym się skupić na swojej twórczości i karierze.
K.M.: Kiedy Pani poczuła, że jazz to jest to?
K.G.:
Miałam chyba 16 lat, kiedy kolega dał mi bilety na Jazz Jamboree i
powiedział: nie mogę iść, może pójdziesz na koncert, będzie grał
Michael Breckera. Wtedy nie wiedziałam zupełnie kto to jest, a on był
wówczas jednym z najlepszych saksofonistów na świecie. Poszłam na ten
koncert i nogi się pode mną ugięły.
K.M.: A jakie w tej chwili ma pani inspiracje?
K.G.:
Przesłuchałam tak wiele płyt, że przestałam myśleć o muzyce w
kontekście jakiegoś stylu, który można stawiać ponad inne. Teraz
słucham różnej muzyki, najczęściej takiej, która odpowiada mi wysokim
poziomem wykonania i realizacji, często arytyści Ci nie są obecni w
mediach, ale dostępni w internecie. Lecz inspiracji szukałam także u
gwiazd, jak u Pata Methenego, Seala, Dave’a Matthewsa, Prince’a, Steve
Wondera, Keitha Jarretta, Tomasza Stańki. Tak naprawdę jednak inspiruje
mnie to, co się dzieje wokół, przyjaźnie, związki międzyludzkie, to co
wynika bezpośrednio z chwili. Muzyką inspiruję się oczywiście też, ale
tak jakby obok, czyli pomiędzy innymi działaniami. Muzycznie dzieje się
tyle ciekawych rzeczy, tylu ludzi fajnie tworzy, także tu, w Polsce!
Ostatnio byłam na koncercie Grzesia Piotrowskiego, który ma swój
projekt kwarteru jazzowego z kameralną orkiestrą symfoniczną, cenię
Leszka Możdżera i Anne Marię Jopek. Jednego dnia słucham muzyki w
stylu jazzowym, drugiego dnia rocka czy klasyki. Łapię każdą chwilę,
ale najbardziej inspiruje mnie życie.
K.M.: Czy jest pani nadal dyskryminowana jako kobieta z gitarą?
K.G.: Tak jakbym kiedykolwiek była?!
K.M.: Podobno niechętnie na panią patrzono z tego powodu, że gra pani na typowo męskim instrumencie.
K.G.:
Był taki okres, gdy budziłam duże kontrowersje, a moje granie było
komentowane ze względu na moją płeć. Obecnie wypracowałam sobie pozycję
na rynku, z której jestem zadowolona i mam swoją publiczność, która
oczekuje właśnie mnie.
K.M.: Zaprzęgła pani jazz do lżejszej kompozycji. Czy po to, żeby dotrzeć do szerszej publiczności?
K.G.:
Nie. To nie jest z jakiegokolwiek powodu. To jest po prostu to, co
czuję wewnętrznie, muzyka, która jest odbiciem mojej osobowości. Zawsze
gdy tworzę jakąś piosenkę, nie zastanawiam się nad publicznością,
zagłębiam się w sobie i poszukuję inspiracji. Zresztą żaden artysta
tego nie robi, bo gdy zaczynamy zastanawiać się nad odbiorcą, to kończy
się sztuka, a zaczyna biznes. Jestem w takiej sytuacji, że nie muszę
się uzależniać od gustu wytwórni, czy osób trzecich i mogę sobie
pozwolić na to, żeby w 100% robić to, co chcę.
K.M.: Ciężko jest się przebić ze swoją twórczością w polskim show-biznesie, żeby stać się popularnym?
K.G.: Ale jak popularnym, tak jak Doda?
K.M.: No może nie tak jak Doda, bo jazz jest muzyka niszową.
K.G.:
Nie jest łatwo, ale myślę, że nigdzie nie jest łatwo. Są jeszcze
problemy transformacyjne, jeśli chodzi o systemy dystrybucyjne płyt,
które nie są do końca dostępne. Niby sprzedaje się ich teraz więcej,
ale wcale się to nie odbija z korzyścią dla polskiego muzyka
niezależnego, dlatego, że Polaków w ogóle nie puszcza się w radiach.
Taka muzyka jak moja jest w ogóle rzadko puszczana.
K.M.: Pani mówi o polskich radiach?
K.G.:
Tak, o polskich radiach. W ogóle jeśli chodzi o przebicie się na rynki
światowe, to nie możemy tego zrobić, bo nie mamy prawie żadnej
dystrybucji w świecie. Wszystkie kontakty trzeba szukać na własną rękę,
niezależnie od dystrybutorów. My, Polacy jesteśmy ograniczeni do
polskiego rynku, mimo obecności w Uni Europejskiej, nasza nowa kultura
i sztuka, wciąż w Europie to margines. Duże wytwórnie w tej kwestii nie
robia nic, wiele rzeczy jest blokowanych na korzyść zagranicznego
artysty. U nas jest wciąż zbyt mała samoocena, a głównym problemem są
media. Na przykład wywiady: nie zrobią z tobą wywiadu, jak nie jesteś
gwiazdą. A jak ktoś może stać się gwiazdą, jeśli nie zrobią z nim
wywiadu? A w Polsce przecież działa produkcja „gwiazd” przez to często
gwiazdą w Polsce jest nie ten, kto coś tworzy, kto reprezentuje jakość,
tylko ten, kto w odpowiedni sposób, odpowiednie rzeczy mówi czy robi.
Te aspekty z twórczością nie mają zbyt wiele wspólnego. W Europie z
racji zainteresowania i zamożności klasy średniej sztuka ma swoje
miejsce, swój budżet, ma swoją prasę, swojego odbiorcę, ma w telewizji
swoje programy.
K.M.: A czy nie jest tak, że trzeba mieć kontrowersyjny wizerunek, żeby być popularnym?
K.G.:
Dla mnie to jest trochę chore, takie przewartościowanie na niekorzyść
twórców i na niedocenianie twórczości. Obecnie zrobiła się sytuacja, że
twórca może być genialny, może wydać bardzo dobrą płytę, ale często nie
ma to żadnego znaczenia. Można zanieść tę płytę do radia i radio jej
nie puści, bo ona jest polska.
K.M.: Co to znaczy, że jest polska?
K.G.:
Wyprodukowana w Polsce. Media wolą muzykę zagraniczną, dość prostą i
jednostajną. Sytuacja nie jest łatwa, ale jeśli chodzi o takie
działania, takie jak moje, to dobre jest to, że gram koncerty i
festiwale, gdzie mam swoją publiczność, sprzedaję płyty, mam swój klub,
więc działam na jeszcze innym polu i jakoś się utrzymuję.
K.M.: Chciałaby pani wyjść na szerszy show-biznes, poza granice Polski?
K.G.:
Tak, zdecydowanie. Myślę, że moja muzyka jest międzynarodowa,
przedewszystkim, dlatego że jest instrumentalna. Jestem kobietą, która
gra na gitarze własne kompozycje z kwartetem jazzowym, którego jestem
liderem, czyli jest to coś oryginalnego. Myślę, że mam szansę, żeby
wypłynąć z tego rodzaju muzyką.
K.M.: Tak, ale co z tym
wizerunkiem, który ma pani w mediach, czyli wizerunkiem „grzecznej
dziewczynki”? Miała pani same piątki, skończyła pani bardzo dobry
uniwersytet w Grazu.
K.G.: A co to ma wspólnego z twórczością?
Wykształcenie, ono po prostu jest i pomaga, unosi trochę nad ziemią,
dodaje przestrzeni umysłu i rozszeża język muzyczny. Myślę, że to są
tylko korzyści dla kompozycji. Świadomość własnej twórczości dodaje
jeszcze skrzydeł.
K.M.: Z twórczością nie ma, ale z popularnością niestety ma.
K.G.:
Dla mnie nie ma. Popularność jednego sezonu nie jest dla mnie
wartością. Czy mam mówić nieprawdę i wymyślać opowieści na korzyść
mediów? Mogę opowiadać o swoich romansach, które oczywiście
bezpośrednio wiążą się z twórczością, ale na razie nikt mnie o to nie
pyta. Wszyscy koncentrują się na muzyce, myślę, że to bardzo dobrze,
znaczy, że warto o tym mówić i nie trzeba wyszukiwać tematów
zastępczych.
Rozmawiała Karolina Mroczek