Krzysztofa Górniak to nazwisko może jeszcze nie
specjalnie w Polsce znane, ale pewnie wkrótce to się zmieni. Na razie
27-letnia gitarzystka więcej czasu spędza w Grazu, gdzie właśnie kończy
studiować na Wydziale Jazzu niż na scenach rodzimych klubów. Krzysia
zachwyca swoją wszechstronnością: z równą łatwością maluje obrazy jak i
dyskutuje o filozofii, a kiedy pojawia się na scenie i zaczyna grać, na
wielu twarzach maluje się wyraz bezbrzeżnego zdumienia. Jej
wysmakowana, melodyjna muzyka podoba się w wiedeńskich i greckich
klubach, właśnie ukazała się debiutancka płyta "Tales" nagrana w
międzynarodowym towarzystwie, a już niebawem będzie można pewnie
usłyszeć Krzysztofę w kraju.
JAZZ FORUM: W jazzowym
światku kobiety instrumentalistki nadal stanowią rzadkość - to może
jakieś 5 % wszystkich muzyków. Kobieta na scenie, która nie jest
wokalistką, wciąż wzbudza sporą sensację - z jednej strony to dobrze:
może łatwiej na siebie zwrócić uwagę, ale z drugiej pewnie czasami
pojawiają się sytuacje niezręczne. Jakie trudności sprawia bycie
jazzwoman?
KRZYSZTOFA GÓRNIAK: Muzyka, jak każda ze
sztuk, jest związana z osobowością twórcy. W procesie końcowym płeć nie
ma znaczenia, to, co istotne to muzyka i jej jakość. Nigdy nie
zastanawiałam się dlaczego jazz zdominowany jest przez mężczyzn. Nie
interesowało mnie czy słucham gitarzystki czy gitarzysty, ważne było,
czy muzyka jaką grają jest interesująca i na dobrym poziomie. Trzeba
mieć bardzo silną osobowość, by wytrwać przy muzyce.
Chciałam grać
muzykę od dziecka, ale bywały momenty, kiedy moi koledzy, gdy jeszcze
nie grałam zbyt dobrze, naśmiewali się ze mnie, mówili: dziewczyna...
Co ty tu robisz? Nie było to miłe i nie było łatwo sobie z tym
poradzić. Facetom jakoś zawsze było łatwiej odnaleĄć się w środowisku,
istnieją najczęściej w ścisłych układach, mają kumpli, załatwiają sobie
nawzajem grania. Kobieta w zespole jest sytuacją specjalną - trzeba się
pilnować, zachować pewną kulturę. Myślę jednak, że to, czy ktoś gra i w
jaki sposób to robi nie zależy od płci, lecz przede wszystkim od
osobowości.
JF: Grywasz chyba wyłącznie z mężczyznami, nie myślałaś kiedyś o założeniu kobiecego zespołu jazzowego?
KG:
Jeżeli w przyszłości na swojej drodze spotkam kobiety, które będą grały
w taki sposób, że będzie to odpowiadało mojej koncepcji muzycznej,
wówczas oczywiście z chęcią będę z nimi współpracować. Na pewno zespół
złożony z samych kobiet jest pewnego rodzaju atrakcją komercyjna, ale
nie jestem pewna czy muzyczną.
JF: Co dla ciebie jest najważniejsze w muzyce?
KG:
Najbardziej w muzyce podoba mi się jej czasowy charakter. To, że
bezpośrednio związana jest z życiem i jego upływem. TeraĄniejszość
doświadczania muzyki, jej przepływu, emocjonalnego nasycenia,
abstrakcyjność doznań, to wszystko wyróżnia ją spośród innych dziedzin
sztuki. Szczególnie jazz jako muzyka improwizowana, muzyka chwili
tworzona "tu i teraz" jest dla mnie środkiem wyrazu dzięki, któremu
najpełniej mogę wyrazić emocje.
Uważam, że muzyk w pewnym stopniu
jest tylko medium, kimś kto wychwytuje fale energetyczne, które płyną
wokół nas, kimś kto zbiera je i nadaje im kształt, indywidualny wyraz.
Tak powstaje muzyka. Trudno wówczas oddzielić emocje od intelektu, czy
wpływ chwili od intuicji, albo określić proporcje, stwierdzić co ma
większy wpływ na muzykę, bo w proces tworzenia zaangażowany jest cały
artysta. Każdy koncert uzależniony jest od wielu czynników: miejsca w
jakim się gra, publiczności i jej reakcji, samopoczucia i kondycji
fizycznej artysty. Inne dziedziny sztuki nie posiadają tej
bezpośredniości.
JF: Muzyka, którą grasz jest przeważnie
bardzo melodyjna, a przy tym raczej spokojna i refleksyjna - takie
utwory komponujesz ty i twoi koledzy z zespołu. Nie masz czasem ochoty
na cos bardziej szalonego, mocniejszego?
KG: Komponując
muzykę nie zastanawiam się nigdy nad tym czy ma być ona melodyjna czy
np. atonalna. Wypływa ona z wnętrza, jest wynikiem pewnych przeżyć,
emocji, doświadczeń. "Tales" (przyp. red.: debiutancka płyta Krzysi)
jest konkretnym projektem i ma "softowy" charakter, opowiada o miłości,
przyjaĄni, o tym, że słońce wstaje nad morzem i jest piękna pogoda.
Klimat tej muzyki jest łagodny, jest pozytywna i rozluĄniająca. Nie
oznacza to jednak, że pozbawiona jest ona energii, czy szaleństwa,
myślę, ze jest to muzyka do wielokrotnego przesłuchania i odkrywania
nowych znaczeń. Obecnie mam pomysł na zupełnie inną płytę. "Ultra
Violet" ma być ostrzejsza, z mocniejszymi groove'ami. Nie będzie to
płyta jazzowa, raczej z pogranicza undergroundu i jazzu, trochę w stylu
Björk, trochę Massive Attack.
W składzie znajdzie się oprócz gitary: wokalistka, keyboardy i sekcja. Wszystkie kompozycje będą mojego autorstwa.
JF: Jakie są twoje wzorce, muzycy, którzy mieli na ciebie największy wpływ?
KG:
Słucham bardzo różnej muzyki, od bardzo lekkiej, granej przez DJ-ów,
komputerowej, aż po free jazz. Nie chcę się ograniczać. Myślę, że ważne
jest, by chłonąć różne rzeczy, by być cały czas wewnątrz świata
muzycznego. Istotne jest, by muzyka była dobrze zrobiona, miała dobrą
jakość i energię. Z gitarzystów najbardziej cenię Metheny'ego,
Frisella, Abercrombie'ego, Scofielda, Bensona, Rypdala, Townera i
oczywiście klasyków: Passa, Halla, Montgomery'ego. Czyli tych, co
wszyscy. Najbardziej Metheny'ego i Abercrombie'ego, co zresztą chyba
mozna usłyszeć na "Tales". Lubię też Satrianiego. Z innych muzyków...
Właściwie to raczej inspirują mnie poszczególne plyty. Na przykład
"Return To Forever" Chica Corei, "New Moon Daughter" Cassandry Wilson,
"I Took Up The Runes" Jana Garbarka, "Nefertiti" Miles Davisa, "Terje
Rypdal/Miroslav Vitous/Jack DeJohnette", "Speak No Evil" Wayne'a
Shortera. Mam pomysł, aby kompozycje ze "Speak No Evil" nagrać na trio
akustyczne: gitara akustyczna, bass i bębny. Chyba nikt jeszcze tak
tego materiału nie zaaranżował. Lubię klasyczne rzeczy, ciągle mogę do
nich powracać. Słucham też takich wykonawców jak Sting, Shade, Meshell
Ndegeocello, Erykah Badu, Marcy Gray. Uwielbiam Eberharda Webera i
Garbarka, kiedy razem grają tworzą zupełnie niepowtarzalną muzykę.
JF: Co zadecydowało o tym, ze wybrałaś gitarę?
KG:
Stało się to zupełnie przypadkiem, ale może to kwestia przeznaczenia?
Gdy miałam 10 lat, zdawałam do szkoły muzycznej, grałam wówczas na
fortepianie w ognisku muzycznym. Ponieważ w szkole nie było już miejsc
na fortepian, powiedziano mi, żebym wybrała wiolonczelę albo gitarę.
Nie wiedziałam jak wygląda wiolonczela, więc wybrałam gitarę. Moi
rodzice, nie są muzykami, więc w domu nikt nie rozmawiał o budowie
instrumentów. Zdecydowałam się grać na gitarze i po roku zaproponowano
mi miejsce na fortepian, lecz wówczas nie chciałam się zamienić,
pokochałam gitarę. Przez kilka lat grałam na gitarze klasycznej, aby
znów zupełnym przypadkiem odkryć jazz. Gdy miałam szesnaście lat
dostałam od kolegi bilet na Jazz Jamboree, na koncert Michaela
Breckera. To było jak objawienie, nogi mi się trzęsły po tym koncercie.
Od tego czasu wiedziałam, że chcę grać jazz. Proces związany ze zmianą
instrumentu z gitary klasycznej na elektryczną, bardziej odpowiadającej
jazzowej ekspresji, trwał około trzech lat. Zaczęłam szukać warsztatów
jazzowych oraz możliwości grania jazzu na gitarze elektrycznej.
JF:
Pamiętam, że jeszcze w szkole muzycznej na Bednarskiej grałaś w zespole
Buzu Squat - nie był to zespół jazzowy, ale został w pamięci wielu osób
jako interesujące zjawisko.
KG: Praca z Buzu Squat była
dla mnie interesującym doświadczeniem, ze względu na konfrontację z
zupełnie innym światem muzycznym. Graliśmy koncerty w wielu miejscach w
Polsce, na różnych imprezach charytatywnych, festiwalach.
Zespół
pop-rockowy funkcjonuje na odmiennych zasadach niż jazzowy. W jazzie
każdy koncert jest wyzwaniem, wielką niewiadomą, możliwością
zaistnienia zupełnie nowej jakości, w popie grając piosenki właściwie
odtwarza się skończony pomysł. Współpraca z Buzu była dla mnie ciekawa
do pewnego momentu, lecz gdy, nauczyłam się wszystkich piosenek, a
forma nie pozwala na wprowadzenie nowych elementów, zaczęłam nudzić się
w tej muzyce. Granie w tego typu zespole uważam za dobrą zabawę, ale
nie traktowałabym nigdy takiej działalności za główną.
JF:
Za pierwszym podejściem zdałaś do klasy gitary na wydziale jazzu w
Grazu. Opowiedz jakie są zasady kwalifikacji do tej szkoły i jak
przebiega potem nauka?
KG: Kiedy zdawałam do szkoły ,
na wydział gitary startowało 25 gitarzystów z całej Europy, przyjęto 4.
Konkurencja była dosyć spora, musze dodać, że egzaminy były otwarte,
mogliśmy słuchać siebie na wzajem, co właściwie eliminowało "przyjęcie
po znajomości". Egzamin składał się z dwóch części: teoretycznej i
praktycznej. Część teoretyczna wydaje mi się niezwykle prosta,
najważniejsze jednak jest granie. Należy przygotować dwa standardy
jazzowe i jednego bluesa. Na miejscu wykonawca ma do dyspozycji sekcję
rytmiczną. Mile widziane jest przedstawienie utworu klasycznego, lecz
nie jest to obowiązkowe.
Nauka w szkole oficjalnie trwa 6 lat, lecz
jest możliwość ukończenia jej w krótszym terminie, wszystko zależy jak
szybko zaliczy się przedmioty teoretyczne. System podzielony jest na
dwa etapy: pierwszy, po którym uzyskuje się dyplom licencjacki i drugi
magisterski. Nauka w szkole dla Polaków jest bezpłatna, lecz niestety
nie wiem jak długo jeszcze, gdy* rząd austriacki wciąż wprowadza
zmiany. Właściwie nie ma ograniczeń jeżeli chodzi o liczbę
przyjmowanych kandydatów na rok, wszystko zależy od tego jak ludzie
grają. Średnio na każdy instrument przyjmowane są 3-4 osoby, ale był
taki rok, gdy na fortepian nie przyjęto nikogo, gdyż poziom kandydatów
nie odpowiadał profesorowi.
JF: Dlaczego zdecydowałaś
się na studia właśnie tam, a nie np. w Katowicach? Czy jest cos
charakterystycznego dla tej szkoły, co odróżnia ją od pozostałych szkół
w Europie?
KG: Jak każda szkoła, także i ta ma swoje
dobre i złe strony. Grazowska ma na pewno więcej plusów niż minusów.
Miałam tutaj kontakt z wielkimi osobowościami muzycznymi. Jeżeli chodzi
o gitarę bardzo cenię sobie Wayna Brasela, Amerykanina, który wiele lat
spędził w Los Angeles, nagrał płytę z Patituccim i Erskinem. Mamy
tutaj, także Karla Ratzę - cygana z austriackim obywatelstwem, który
przez lata grał z Chetem Bakerem. Christian Rover - interesujący
gitarzysta - przez osiem lat studiował w Bostonie, obecnie głównym
nauczycielem gitary jest Guido Jaschenski - bardzo dobry pedagog.
Zaletą szkoły jest to, iż ma ona charakter międzynarodowy, więcej niż
połowa studentów to ludzie różnych narodowości.
Bardzo wielu uczniów
pochodzi z krajów byłej Jugosławii, reszta to: Finowie, Włosi, Niemcy,
Hiszpanie, Czesi, Słowacy, Grecy i Polacy. Szkoła w Grazu to chyba
jedna z najlepszych szkół europejskich. Ma stały kontakt z Berklee,
dzięki czemu na workshopach pojawiają się tamtejsi pedagodzy. Będąc w
Grazu miałam kontakt z takimi muzykami jak: Bill Dobins, Bob Mintzer,
Niels Oskar Petersen, Shela Jordan, Mick Murphy, Jay Clayton, Nguyen
Lee, Garison Fewell, Adam Nusbaum, Alan Jones, itp. W szkole uczy
fortepianu dodatkowego Kuba Stankiewicz, więc mamy Polski akcent w
kadrze profesorskiej. Z cała pewnością w Polsce nigdy bym się tyle nie
nauczyła, albo zajęłoby mi to o wiele więcej czasu. Jeżeli chodzi o
Katowice, to zdawałam na tamtejszy wydział jazzu, lecz nie zostałam
przyjęta, więc pojechałam do Grazu. Teraz jestem wdzięczna profesorom w
Katowicach, że mnie odrzucili bo prawdopodobnie, nigdy nie
spróbowałabym wyjechać.
JF: W Grazu rozpoczynałaś swoją
już stricte jazzową działalność koncertową. Wiem, że grywasz w klubach
w Wiedniu czy Grazu, a także kilkakrotnie występowałaś w Grecji. Czy
trudno jest zabukować granie w dobrym klubie jazzowym na Zachodzie?
Jakie są reakcje na waszą muzykę?
KG: Bukowanie
koncertów to nie jest praca dla muzyka, lecz dla menadżera. Ja niestety
takiego nie posiadam, ale nie poddaję się. Przykro mi to mówić, lecz w
większości klubów, właściciele nie wiele znają się na muzyce. Znaczy
to, że jakość przedstawionej muzyki właściwie nie ma znaczenia. Istotne
jest, w jaki sposób się ją sprzedaje. Mamy w Grazu taką anegdotę, o
pewnym puzoniście, który zawsze ma dużo gigów: "Jak on to robi?
Po
prostu marnie gra, ale dobrze potrafi zagadać". Istnieje tendencja, iż
wszystko, co przychodzi z Ameryki odbierane jest bez zastrzeżeń,
zaskoczona jestem jak wiele cennej muzyki, np. jazzu europejskiego, w
ogóle nie istnieje medialnie. Na przykład będąc w Grecji zachwyciłam
się wykonywana tam muzyką improwizowaną na doskonałym poziomie, jazz z
elementami etno o bizantyjskich korzeniach. Zauważyłam, że każdy z
krajów europejskich może wnieść do jazzu wartościowe, ożywcze elementy,
związane z narodową tradycją muzyczną, odmienną wrażliwością, czego
chyba najlepszym dowodem są sukcesy muzyków skandynawskich. Generalnie
jednak Europa jest podzielona, muzycy z różnych krajów raczej nie
współpracują ze sobą, a kluby raczej ich nie promują. Myślę, że w
Europie jest bardzo silny i wartościowy nurt muzyki improwizowanej,
który jednak się nie przebija, ponieważ zdominowany jest przez muzykę
amerykańską, a także przez wielkie koncerny płytowe. Jeżeli chodzi o
dobre kluby, to mają one oczywiście swój poziom, tak jest np. w
przypadku "Porgy & Bess", gdzie miałam okazję zagrać z "Tales" , a
w grudniu tego roku wystąpić ponownie w ramach polskich dni jazzowych.
Właściwie wszystko zależy od przedstawionej muzyki, jeżeli projekt
podoba się, wówczas możliwe jest granie koncertu. "Tales" został
niezwykle dobrze przyjęty, klub wypełniony po brzegi, właściwie byłam
zaskoczona tak entuzjastyczną reakcją wiedeńskiej publiczności,
zazwyczaj chłodnej. W Grecji grałam kilka małych tras (po cztery, pięć
koncertów), zagrałam również na "3rd Jazz Festival Santorini 1999", a
ostatnio w kwietniu tego roku graliśmy w Jazz Klubie w Salonikach i w
mniejszych miejscowościach. Tutaj, także reakcje publiczności, są
bardzo spontaniczne.
JF: Ostatnio wydałaś płytę: opowiedz co to za projekt i z kim była nagrywana.
KG:
Na płycie znalazła się muzyka z trzech lat - poszczególne utwory
nagrywane były od 1998 do 2000 roku. Każda z kompozycji opowiada jakąś
historii, stąd zresztą tytuł płyty. Na przykład utwór zatytułowany
Nikolas Tzimkas napisał w Wiedniu dla swojego młodszego brata, When I
Leave powstał, gdy opuszczałam Saloniki, mając przed oczami wspomnienia
przepięknej Grecji. Płyta była tak pomyślana, by rosło napięcie.
Kompozycje basisty są bardziej spokojne, bardziej soft, dlatego
znalazły się na początku. Układając program nie patrzyliśmy na przykład
w ten sposób, aby płyty otwierał "hit", ale chodziło nam o to, by
muzyka rozwijała się dramaturgicznie i kolorystycznie. PóĄniej, w
kompozycji gitarzysty Mikko Iivannainena muzyka skłania się nawet w
stronę free.
JF: Jakie jest twoje instrumentarium?
KG:
Od lat gram na oryginalnej amerykańskiej gitarze Charvel Jackson, z
systemem flow drows, mam także gitarę elektroakustyczną, Yamaha APX-6A,
najczęściej używam strun d'Addario - grubość 10. Używam efektów- kostek
firmy Boss: Super Chorus CH-1, Blues Driver BD-2, Digital Reverb/Delay
RV-3, Octaver OC-2, mam także sampler "Boomerang", oraz "Cry Baby" Jim
Dunlop'a. Mam dwa wzmacniacze: Marshall JTM 60 (lampowy) i Marshall
Valvestate VS65R (tranzystorowy).
JF: Płytę wydałaś własnym sumptem - nie było chętnych wytwórni, które interesowałby się tym materiałem?
KG:
Nie interesowałam się wytwórniami, postanowiłam wydać płytę prywatnie z
tego względu, że miałam nad nią całkowitą kontrole. Miałam pomysł na
okładkę, gdzie umieściłam swoje obrazy, na teksty w środku, także
muzyka jest w większości mojego autorstwa. Chciałam, aby pierwsza płyta
była nie przekłamanym obrazem mojej osoby, choć nie wykluczam
możliwości, że następne płyty wydam w jakiejś wytwórni.
JF:
Wiem, że muzyka nie jest jedynym twoim zainteresowaniem: skończyłaś
plastyczne liceum i malujesz obrazy, a dwa lata temu obroniłaś pracę
magisterską o Johnie Cage'u na wydziale filozofii UW. Na wszystko
wystarcza ci czasu? Czy poświęcanie się np. malarstwu nie odbiera
energii, którą mogłabyś poświęcić jednak muzyce?
KG: Od
dziecka zajmowałam się wieloma dziedzinami sztuki, wymagało to ode mnie
niezwykłego poświęcenia. Nie ukrywam, że skończenie tak wielu szkół
było pracochłonne, ale udało się. Owszem zajmuję się wieloma
dziedzinami sztuki, lecz wszystkie one uzupełniają się i nakładają na
siebie. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, że jakaś z tych dziedzin
pasjonuje mnie bardziej, wymagają one po prostu różnego typu
aktywności. Wydaje mi się, iż muzyka najlepiej odpowiada pewnym
aspektom mojej osobowości. Muzyka umożliwia artyście przekazywanie
ogromnych ładunków energii i emocji dzięki bezpośredniemu kontaktowi z
publicznością. W muzyce nie można pozwolić sobie na chwilę przerwy,
grając na instrumencie, trzeba ćwiczy i to ćwiczenie musi być zawsze
"przy tobie" . Malarstwo czy fotografia nie wymaga takiego regularnego
rytmu, choć pozwalają mi realizować inne moje pomysły.
Natomiast
filozofia była dla mnie wyzwaniem, po prostu chciałam rozszerzyć "pole
własnego widzenia". Środowisko muzyków jazzowych, np. moich kolegów z
Bednarskiej, wydawało mi się w pewnym sensie ograniczone twórczo tylko
do jednej dziedziny. Estetyka to przecież jedna z gałęzi Filozofii,
traktująca o Sztuce, jej znaczeniu, symbolice, o sensie twórczości,
JF: - Za rok skończysz Graz - jakie masz plany: wracasz do Polski czy może zostaniesz za granicą?
KG:
Zauważyłam, że w moim życiu plany nie wiele pomagają, większość zdarzeń
to kwestia pewnych okoliczności, czy przypadków. Dlatego staram się żyć
chwilą i nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość. Może wrócę do Polski,
może zostanę za granicą, zależy to od najbliższych miesięcy. Na razie
skupiam się na sztuce, w maju np. współpracuję z międzynarodową grupą
multimedialną. Wystawimy nową, dosyć awangardową wersję"Alicji w
Krainie Czarów". Więcej informacji o moich przedsięwzięciach na stronie
www.gorniak.info