Kobieta z gitarą... To brzmi intrygująco... Dlaczego wybrała Pani ten instrument?
To
dość śmieszna historia o przypadku lub jak kto woli o przeznaczeniu:)
Na gitarze zaczęłam grać gdy miałam 10 lat. Zdawałam do szkoły
muzycznej i powiedziano mi, że nie ma miejsca na fortepian, dlatego
proponują mi gitarę lub wiolonczelę. Ponieważ nie wiedziałam jak
wygląda wiolonczela, nikt z mojej rodziny nie był muzykiem, to wybrałam
gitarę klasyczną. Po paru latach zorientowałam się, że gitara klasyczna
nie daje dla mnie wystarczająco rozbudowanych możliwości
kolorystycznych i dynamicznych, jest instrumentem kameralnym i raczej
nie używanym w zespołach. Dlatego zaczęłam brać lekcje na gitarze
elektrycznnej. Potem były już warsztaty jazzowe w Puławach i wydział
jazzu na Bednarskiej w Warszawie.
W tzw. środowisku utarło
się postrzegać gitarę jako instrument niezwykle męski. Czy spotkała się
Pani z jakimiś nieprzychylnymi opiniami ze strony konkurencji?
Niestety
to pytanie powraca do mnie jak bumerang od wielu lat. Jest bardzo mało
gitarzystek jazzowych na świecie, dlatego jestem dość unikatowym
produktem.
Obecnie sytuacja w jazzie się zmienia jest coraz więcej
instrumentalistek, powstają nawet festiwale "Laidis Jazz Festival",
jednak wciąż królują na nich wokalistki. Jest to trudny zawód dla
instrumentalistki, wymagający poświęcenia, a jednocześnie nie dający
pewności i poczucia bezpieczeństwa. Wymagający siły, determinacji i
zaangażowania, a jednocześnie wciąż powraca pytanie jak grać? Czy tak
jak mężczyźni, czy używając kobiecej wrażliwości i ciepłego brzmienia?
Każdy
muzyk spotyka się z nieprzychylnymi opiniami, ale dla mnie najważniesze
są pozytywne reakcje i wiara w to co się robi niezleżnie od
zmieniających się warunków na rynkach muzycznych. Najważniejsza jest
osobowość, pewność siebie, oraz przekonanie o własnej wartości.
W Pani utworach słychać inspiracje m.in. Patem Methenym i Mikem Sternem. Czy to są muzycy, ktorych najbardziej Pani ceni?
Mike'a
Sterna sporo kopiowałam na studiach, uczyłam się jego fraz i języka
muzycznego, miałam też z nim bezpośredni kontakt na warsztatach. Pat
Metheny grał na Festiwalu Warsaw Summer Jazz Days 2000 w Warszawie,
gdzie ja z moim zespołem miałam także możliwość wystąpić na bocznej
scenie na Rynku Nowego Miasta z materiałem z mojej pierwszej płyty
"Tales". Gdy spotkałam Pata to nogi mi się ugięły, w tamtym czasie był
on moim guru muzycznym. Budziłam się i kładłam z jego muzyką,
uwielbiałam jego liryczne frazy i ciepłe, wręcz kobiece brzmienie. Po
koncertach wraz z zespołem daliśmy Patowi naszą płytkę demo z
materiałem z "Tales" wówczas jeszcze nie wydanym, nagraną w Studio
Neubau w Grazu. Spędziliśmy trochę czasu razem w Harendzie na jam
session, rozmawiając o muzyce i życiu. No i Pat napisał do nas maila po
kilku dniach, że materiał przesłuchał i, że mu się podoba i fajnie
jeśli będziemy dalej ciągnąć ten projekt. Był to dla mnie przełomowy
moment, zrozumiałam, że pomimo przeciwności losu, powinnam dalej grać i
komponować. Zrozumiałam, że może odbiegam od przyjętych szablonów
wykonawczych lecz, że tworzę coś nowego i wartościowego. Dzięki temu
spotkaniu uwierzyłam w siebie.
Jest wielu utalentowanych
wykonawców, którzy dopiero kształtują swoją pozycję na rynku muzycznym.
Czy w Polsce łatwo jest zaistnieć i stać się popularnym?
Polska
ma swoje plusy i minusy, jak każde miejsce na Ziemi. Podoba mi się
emocjonalność ludzi tutaj, ich otwarcie i ciepło, umiejętnośc dobrej
zabawy, ale także kreatywność i zmysł improwizacji. Mamy w Polsce także
świetnych muzyków obdarzonych niezwykłym talentem, zresztą docenianych
w Europie, gdzie opinia o Polskim jazzie jest bardzo wysoka. Polska to
kraj o bardzo dużym potencjale ludzkim, jednak niestety o bardzo
niskiej samoocenie. Dlaczego media w Polsce wolą puszczać kiepską
muzykę z „zachodu”, zamiast warościowej z kraju?
Uprzedziła
Pani moje pytanie. No właśnie dlaczego? Jest przecież sporo dobrych
polskich wykonawców, tworzących muzykę ambitniejszą, ale dość
przystępną w odbiorze. Mimo to, żadko można ich usłyszeć w radiu.
W
Polsce głównym problemem jest dystrybucja i sprzedaż płyt i muzyki,
nasze firmy fonograficzne praktycznie nie mają w Europie zachodniej
rynków zbytu. Po za tym media w Polsce skoncentrowane są, w tej chwili
na produkucji tzw. gwiazd, które oprócz tego, że tymi gwiazdami są nic
sobą nie reprezentują. Profesjonalizm i kompetencje są rzadko powodem
artykułow w poczytnej prasie. Radia z kolei prawie nie puszczają nowej
Polskiej muzyki. Powodem szerokiej popularnościi jest zazwyczaj w
Polsce rozbudowane życie prywatne, oraz chamstwo i prostactwo,
niestety...
Z racji, że moja muzyka jest międzynarodowa i trafia do
ludzi na całym świecie, myślę o rozszerzeniu mojej oferty o rynki
europejskie. Podjęłam ostatnio współpracę z bardzo dobrym managerem,
myślę, że po premierze "Emotion", spróbujemy nawiązać kontakty
dystrybucyjne z partnerami w Europie. Mam wrażenie, że tzw. Polskie
Radia, wcale nie są Polskie! Grają repertuar jakby ich siedziby były
gdzieś pod Londynem lub pod Los Angeles. Wartościowa nowa polska muzyka
to naprawdę rzadkość w radiach. Promowanie nowych artystów przestało
być modne i wartościowe wśród redaktorów. Lepiej jest puścić to co
wszyscy znają i w kółko grają, niż poszukać i spróbować pokazać coś
nowego. Niestety u nas wiele zależy od pieniędzy. Jak ma się
odpowiednią ilość pieniędzy to można liczyć na pewną liczbę puszczeń w
rozgłośniach komercyjnych. Jeśli chodzi o rozgłośnie państwowe to siła
znajomości dla wielu są nie do przebicia.
Niestety w ten sposób
media same wykańczają rodzimy przemysł muzyczny, koncentrując się w
danym sezonie tylko na kilku znanych, nie zawsze wartościowych
wykonawcach. Brakuje nam wielowarstwowego rynku muzycznego i odbiorcy,
który wywodziłby się z klasy średniej, nie byłby zainteresowany
piractwem i z ciekawością śledził rodzime nowości wydawnicze, tak jak
to jest w większości krajów Europy Zachodniej.
Jak Pani widzi przyszłość jazzu fusion, smooth jazzu w Polsce?
Wiele
zależy od stosunku mediów do artystow, jeśli będą media, które będą
taką muzykę promowały, wówczas rynek może się rozwijać, jeśli nie, to
niestety będzie to wszystko wyglądało tak jak do tej pory. Niezależnie
od okoliczności zewnętrznych artyści będą tworzyli i grali koncerty,
dużym plusem współcześnie jest rozwój internetu i szeroki dostęp do
muzyki w sieci.
Lubi Pani grać koncerty? Co daje taki bezpośredni kontakt z publicznością?
Granie
koncertów to dla mnie najwspanialsza rzecz jaką mogę robić w życiu.
Wciąż wspominam, gdy w Austri w „Porgy & Bess” publiczność, aż
westchnęła po balladzie, którą zagrałam, dopiero potem zebrały się
oklaski. W Niemczech w Hilden w małej sali ludzie stali stłoczeni jak w
tramwaju przez 2 godziny, w Grecji musiałam bisować 4 razy, aż nie
mogłam już ustać ze zmęczenia. dla takich chwil warto żyć.
To co
gramy to ekspresja naszych emocji czy osobowości. Uważam, że emocje
przede wszystkim określają improwizację; czy jest ona zadziorna,
nerwowa, ekspresyjna i pełna nowości, czy znowu spokojna, stonowana,
ciepła i słoneczna?
Często na koncertach bardzo wiele zależy od
stanu w jakim jesteśmy, zatem kompozycje bezpośrednio wynikają z
emocji. Pytania jakie są często przy nas muzykach to: czy miłość jest
obecna, czy ambiwalencja uczuć jest amplitudą do zniesienia i
zaakceptowania i czy możliwe jest wyrażanie jej za pomocą muzyki?
Miłość szczęście, złość, zdenerwowoanie, przyjaźń określają nasze
życie, a jednocześnie budują poezję kompozycji. Dlatego właśnie
"Emotions", wynika to bezpośrednio z przeżycia i niepowtarzalności
chwil jakie możemy dać publiczności na koncertach.
Jak się Pani gra z wokalistą, wokalistką? Czym się to różni od instrumentalnego nagrania?
Bardzo
lubię grać z różnymi muzykami, jeśli tylko odpowiada mi ich jakość i
stylistyka. Mam na końcie płytę „Garden Of Love”, która powstała ze
współpracy z wokalistą Szymonem Pejskim, którą wyprodukowałam i
zagrałam partie gitar. Współpraca z woklistą zasadniczo nie różni się
od innych rodzajów grania, w piosenkach jest mniej improwizacji i
więcej podkładowych gitar. Trzeba skupić się na dobrym zagraniu
podkłau, a nie tylko na popisowej solówce, niemniej jednak nie jest to
wcale łatwiejsze niż granie solo. Wymaga dużego skupienia i
koncentracji.
Ma pani jakieś niezrealizowane marzenie
muzyczne? Chciałaby Pani zagrać z kimś wspólnie koncert albo sesję? A
może posłuchać kogoś na żywo?
Moje marzenia to nagrywać
kolejne płyty i utrzymać się na rynku muzycznym, grać jak najwięcej
koncertów i rozszeżyć swoją ofertę o rynki światowe. Mieć wspaniałą
oddaną publiczność, która zawsze będzie chciała przychodzić na koncerty
i kupować płyty.
Oprócz nagrywania płyt, występów na żywo,
prowadzi Pani również klub muzyczny, a także maluje. Jak udaje się Pani
połączyć czasowo i zawodowo wszystkie te zajęcia?
Czas to
pojęcie względne, owszem mam go mało, ale mam go też bardzo dużo....
Zazwyczaj, czym bardziej jestem zajęta, tym więcej rzeczy udaje mi się
zrobić w krótkim czasie. Najmniej produktywne są okresy stagnacji,
zawsze potrzebne, po to, aby potem ruszyć do przodu. Zazwyczaj pracuję
zrywami, od projektu do projektu, a komponuje zależnie od natchnienia.
Rozmawiał Adam Żeberkiewicz.