Gitarzysta 09/16

Bezkompromisowa i profesjonalna, całym sercem oddana sztuce. Nagrała siedem płyt, studiowała w Polsce i w Austrii, była pierwszą gitarzystką Wydziału Jazzu na słynnej Bednarskiej – to dla niej utworzono tak popularną dzisiaj klasę gitary. Przez lata konsekwentnie dążyła do twórczej niezależności, nie poddając się presji rynku realizowała wyłącznie projekty pozostające w zgodzie z jej artystycznym „ja”, co w efekcie zbudowało jej renomę. Z najsłynniejszą polską gitarzystką jazzową spotykamy się z okazji wydania jej najnowszego albumu „Moments”

Rozmawia Aleksandra Siemieniuk.





Wielu muzyków klasycznych i jazzowych od najmłodszych lat ma styczność ze sztuką, którą dzięki swoim rodzicom mimowolnie przyswaja. Jak było w Twoim przypadku? Też pochodzisz z rodziny o tradycjach muzycznych?

W rodzinie muzyka była obecna od najmłodszych lat pomimo, że rodzice nie są muzykami. Tata amatorsko grał na organkach przyśpiewki ludowe, mama jako dziecko uczyła się grać na mandolinie w szkolnym zespole, brat przez dziewięć lat uczył się w szkole muzycznej gry na fortepianie. Dziadek sięgał po akordeon i skrzypce, zaś ciotka mojej mamy również grała na fortepianie, więc nie skłamię mówiąc, że gdzieś te tradycje muzyczne we krwi mam.


Czyli otoczenie zachęciło Cię do sięgnięcia po gitarę? Czy sama na to „wpadłaś”?

Do grania zachęciła mnie mama. Kiedy miałam sześć lat, zapisała mnie na lekcje fortepianu do ogniska muzycznego, co bardzo mi się spodobało. W wieku lat dziesięciu zdawałam do szkoły muzycznej na fortepian lecz okazało się, że akurat na ten instrument brakuje miejsc. Dlatego zaproponowali mi wiolonczelę lub gitarę. Ponieważ nie wiedziałam, jak wygląda wiolonczela, wybrałam gitarę, właściwie nie zdając sobie sprawy, jaki to instrument. Można więc powiedzieć, że był to przypadek, ja jednak myślę, że przeznaczenie. Po roku nauki gry na gitarze tak bardzo przypadła mi ona do gustu, że mimo, iż proponowali mi przejście na fortepian, zostałam w klasie gitarowej. Jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy, że jest to instrument zdominowany przez chłopaków, po prostu grałam i muzyka była dla mnie najważniejsza. Najpierw przez wiele lat uczyłam się na gitarze klasycznej, by w wieku osiemnastu lat odkryć gitarę elektryczną i jej zastosowanie w jazzie.

Najpierw klasyka, potem jazz. A co działo się w tak zwanym międzyczasie? Przechodziłaś fascynacje innymi, bardziej „młodzieżowymi” gatunkami muzycznymi?

Zawsze słuchałam różnych styli – od reggae, przez rocka i pop do muzyki elektronicznej i alternatywnej. We współczesnym świecie nie da się tego uniknąć choćby dzięki muzyce, jaka jest puszczana w radiach. Jednak jazz czy muzyka improwizowana oraz klasyczna była przeze mnie słuchana najczęściej.


Studiowałaś na wydziałach jazzu w Polsce i za granicą w Austrii. Czym różniła się rodzima uczelnia od zagranicznej - podejściem pedagogicznym, poziomem, kadrą? Bo czymś różnić się musiała, skoro po uzyskaniu dyplomu podjęłaś decyzję o wyjeździe…

Ukończyłam Wydział Jazzu na słynnej Bednarskiej. W tamtym czasie była to szkoła muzyczna drugiego stopnia, więc nie dawała dyplomu. Na marginesie – otworzyli dla mnie klasę gitary. Byłam pierwszą gitarzystką na tym wydziale i przez rok uczył mnie Brandon Furman. To on pokazał mi amerykański system ćwiczenia, który wykorzystuję do dziś w pracy i przekazuję go uczniom na lekcjach.

Wydział Jazzu na Uniwersytecie Muzycznym w Grazu w tamtym czasie stanowił jedną z najlepszych europejskich uczelni i wcale nie było łatwo się tam dostać, zdawali gitarzyści z całej Europy. Przyjechałam jako jedyna z Polski i ku swojemu zaskoczeniu zaliczyłam egzamin (na dwudziestu pięciu gitarzystów przyjęto trzech). Wydział był połączony z Berkley School Of Music, więc przyjeżdżali do nas wykładowcy ze Stanów Zjednoczonych. Miałam kontakt z najlepszymi muzykami światowego formatu, co bardzo poszerzyło moją świadomość muzyczną. Nawet jeśli w danym momencie nie mogłam wykorzystać całej zaczerpniętej wiedzy, ona przez lata procentowała i dojrzewała razem ze mną. Miałam lekcje m.in. z takimi artystami jak: Wayne Brasel, Wynton Marsalis, Mike Stern, Karl Ratzer, Susanne Weinert, John Abercrombie, Christian Rover, Garison Fewell, Bob Mintzer, Ron McClure, Billy Hart, Adam Nussbaum czy Clarke Fischer.


Jak od teorii przeszłaś do praktyki czyli stworzenia swojego pierwszego składu oraz nagrania debiutanckiego albumu?

Pierwszym albumem jaki wydałam, był „Tales” (2002), obecnie już niedostępny w sprzedaży. To zapis kilku sesji w studiu Neubau na uniwersytecie w Grazu, gdzie spotykałam się z muzykami z różnych stron świata. Na basie był Grek – Evangelos Tzimkas, na perkusji Albańczyk – Bajram Istrefi Jr., a na drugiej gitarze Fin – Mikko Ivanneinen, więc towarzystwo międzynarodowe. Graliśmy własne kompozycje, na płytę natomiast złożyły się nagrania live zrealizowane w ramach zajęć w szkole. Był to mój pierwszy jazzowy skład, z którym trochę koncertowałam po Europie. Kiedy wróciłam do Polski, wystąpiłam w klubie Dekada z Wojtkiem Pilichowskim oraz Piotrem Remiszewskim i tak zrodził się pomysł na album „Ultra”. Ponieważ fajnie nam się grało, pomyśleliśmy, żeby coś razem nagrać.


Przez lata nagrywałaś gitarowe albumy, a tu nagle w zeszłym roku wspólnie z Maciejem Miecznikowskim zarejestrowałaś „Tribute to Nat King Cole”. Skąd ten pomysł? Do tej pory wśród Twoich głównych inspiracji raczej pojawiał się Pat Metheny a nie wokaliści…

„Tribute to Nat King Cole” to płyta szczególna w moim dorobku, gdyż do tej pory nagrywałam rzeczy autorskie, tutaj natomiast gramy standardy. Pewnego dnia Maciej przyszedł na wieczór poezji mojej mamy, gdzie grałam gościnie solo na gitarze i zachwycił się moim miękkim i ciepłym brzmieniem. To on miał pomysł na Nat King Cole'a i chodził z nim od kilku lat. Ja zainspirowałam go do urzeczywistnienia tego projektu. Zaczęło się od prób i aranży na dwie gitary i wokal, aż poszerzyliśmy skład o sekcję rytmiczną i kwartet smyczkowy (na płycie zagrali Atom String Quartet, Paweł Pańta na kontrabasie i Adam Lewandowski na perkusji).


Przearanżowanie tego repertuaru na gitary to głównie Twoja zasługa? Czy wspólna?

Praca szła bardzo sprawnie, gdyż Maciej jest wspaniałym, wykształconym muzykiem, rozumieliśmy się dość dobrze. On przychodził ze szkicem pomysłu na gitarze akustycznej, a ja opracowywałam to na gitarę jazzową. Dodawałam partie solowe i zamykałam aranż. Sporo ćwiczyliśmy, żeby zgrać wszystko w całość. W studio najpierw nagraliśmy dwie gitary, później do niektórych utworów dodaliśmy sekcję rytmiczną, a do niektórych kwartet smyczkowy. Z tym kwartetem to bardzo ciekawa sprawa, gdyż aranże zostały napisane do specjalnego koncertu karnawałowego, jaki zagraliśmy z Polską Filharmonią Kameralną w Sopocie pod dyrekcją Wojciecha Rajskiego. Przedsięwzięcie okazało się ogromnym sukcesem. Bilety wyprzedały się tak szybko, że musieliśmy zagrać dodatkowy koncert tego samego dnia o wcześniejszej godzinie.


Przejdźmy do aktualności. Nasza rozmowa zbiega się w czasie z premierą Twojej najnowszej płyty „Moments”. Klasyczne trio wzbogacone o fortepian, a na niej nieklasyczne kompozycje – takie mam wrażenia po przesłuchaniu tego materiału. Jakbyś ją pokrótce opisała?

„Moments” to wspomnienia, fragmenty z życia uchwycone w dźwiękach. To muzyka ilustracyjna, nasycona emocjami, nastrajająca do przemyśleń intelektualnych. Kompozycje na niej zarejestrowane to ostatnie pół roku mojego życia, choć znajdują się tam także starsze tematy wykonywane przeze mnie od lat. Część materiału napisana została na kwartet jazzowy, część na trio, gram też dwa utwory na gitarze akustycznej, co stanowi pewnego rodzaju nowość. Płyta charakteryzuje się spójnością, można jej wielokrotnie słuchać, działa dość kojąco i relaksuje. Chociaż zawiera utwory o dynamicznym przebiegu, to jednak dominują melodyjne tematy i wirtuozowskie partie solowe. „Moments” będzie wydana przez Agencję Fonograficzną Polskiego Radia, a premiera przewidziana jest na koniec września.


W jaki sposób komponowałaś te utwory? Czy w proces twórczy angażujesz inne osoby czy raczej jest to domena indywidualna?

Samo tworzenie muzyki to dla mnie proces ciągły. Kompozycje na ten album po prostu do mnie przychodziły, co w sumie się nie zmieniło, bo nadal przychodzą, ale będą już na nowej płycie. Wszystko uzależnione jest od uczuć, emocji i zdarzeń jakich doświadczam w życiu. Bardzo dobrze komponuje mi się w miejscu, w którym obecnie mieszkam. Mam wspaniałe drzewa za oknem, ciszę i spokój, co działa na mnie niezwykle kojąco. Oprócz przyrody inspirują mnie także ludzie o silnych osobowościach.

Komponuję w pewnych momentach – po prostu słyszę zarys melodyczny i harmoniczny, gram na gitarze swoją partię i często za pomocą intelektu dopracowuję aranż. Potem spotykam się z muzykami z zespołu i wspólnie opracowujemy partie poszczególnych instrumentów, w większości przypadków wychodzi to „samo”. Najważniejsze jest jednak to, jak grają muzycy w jazzie, że każdy jest indywidualnością i ma swoje określone brzmienie oraz podejście do czasu. Dlatego też z różnymi osobami te same utwory nabierają zupełnie innego charakteru, co ma to związek z doświadczeniem, wiedzą muzyczną, słyszeniem, a także energią jak wytwarza się pomiędzy muzykami w danym momencie.

Stąd tytuł „Moments” czyli „Chwile” – dla mnie muzyka na tej płycie mówi o wszystkim, co nas określa, o zmienności życia, ciągłym upływie czasu, nowych wrażeniach. Chwile są wszystkim, co przejawia się w procesie improwizacji i tworzenia, czymś, co jest nieuświadomione, co jest czystym graniem lecz zostaje zapisane na krążku. Dzięki temu mamy możliwość jako muzycy spojrzeć na nasz proces twórczy jakby z zewnątrz, stanąć z boku i posłuchać siebie obiektywnie.


Brzmieniowo od pierwszych dźwięków album skojarzył mi się z muzyką Esbjörna Svenssona. To zamierzony zabieg?

Pracę nad albumem rozpoczęłam w trio z Łukaszem Makowskim (kontrabas) i Gniewomirem Tomczykiem (perkusja), później zaprosiłam do współpracy także Zdzisława Kalinowskiego (fortepian), z którym wcześnie nagrałam płytę „Emotions”. Ten skład brzmi trochę skandynawsko to prawda, dlatego porównanie z Esbjörnem Svenssonem czy z Leszkiem Możdżerem wydaje mi się trafione szczególnie w kompozycjach „Dreaming Of Love” i „The Storm is Looming Ahead”. Łukasz studiował w Norwegii, może dlatego gdzieś w jego solówkach można usłyszeć północne brzmienia. Chociaż myślę, że na płycie, jeśli szukać porównań, pobrzmiewają też dźwięki Teryje Rypdala w kompozycjach granych na gitarze akustycznej czy wczesnego Pata Metheny’ego z płyty „Watercolors”.

Ze wspomnianymi muzykami znamy się od wielu lat, dlatego podczas sesji kontakt między nami był niezwykle twórczy i inspirujący. Album to praktycznie nagrania live, dobrze zedytowane i mistrzowsko zmiksowane przez Winicjusza Chrósta, z którym pracuję już przy szóstej płycie. W trzech najnowszych kompozycjach: tytułowej „Moments”, „Spring” i „Meditation” zagrał Grzegorz Grzyb – perkusista o bardzo dynamicznym podejściu do czasu. W jego sposobie gry lubię napęd, jaki daje mojej gitarze i całemu zespołowi, dlatego te utwory rozpoczynają album.


Picasso powiedział kiedyś „Ja nie szukam, ja znajduję”. W przypadku płyt jazzowych niestety często mam przeciwne odczucia – muzycy szukają, szukają lecz nie znajdują… Tobie udało się z ogromu dźwięków wybrać te właściwe – słuchając tej muzyki, nie sposób się zmęczyć, ciężko się też znudzić. Poza tym parę melodii naprawdę „wpada w ucho”. Jak znaleźć rozsądny balans w swojej grze?

Granie i komponowanie to proces, który jest uzależniony od naszych doświadczeń, wykształcenia, edukacji, osłuchania w różnych stylach. Ale jest to także przebłysk osobowości czy geniuszu, którego nie da się nauczyć. Można jedynie starać się go opanować lub artykułować za pomocą słowa, dźwięku czy obrazu, polepszając technikę gry lub jej precyzję. Balans brzmienia i wybór dźwięków zależy od ilości przećwiczonych godzin. Praca, ćwiczenie, codzienny reżim przez wiele lat w końcu procentują i następuje moment, kiedy zbliżamy się do tego, co chcemy wyrazić przy pomocy instrumentu. Bo tak naprawdę gitara jest tylko przekaźnikiem naszych emocji i uczuć. W jej przypadku brzmienie uzyskuje się przy pomocy prawej ręki oraz ogromnego rozluźnienia, co porównałabym sztuk walki, gdzie znalezienie balansu między napięciem mięśni oraz ich rozluźnieniem ćwiczy się przez wiele lat, dochodząc w końcu do mistrzostwa. Najważniejsze, aby doprowadzić do stanu, w którym napięcie stanowi absolutne minimum i dotyczy wyłącznie krótkich chwil kontaktu z wydobywanym dźwiękiem. Wówczas stajemy ponad czasem i możemy dowolnie go interpretować, zarówno z przodu jaki i z tyłu (tzw. late back), a nasze granie zyskuje pewien oryginalny, niepowtarzalny feeling oraz brzmienie. Gdy dochodzimy do stanu, w którym pozwalamy muzyce po prostu płynąć przez ciało, nie myśląc o konkretnych dźwiękach, a wyrażając pewien stan duszy, w jakim się znajdujemy, możemy mówić o balansie między tym co fizyczne a metafizyczne.

Natomiast uzyskanie melodii, która „wpada w ucho” to kwestia kompozycji. Ja lubię ładne melodie, to ze mnie wypływa. Najistotniejsze jest nabudowanie harmoniczne, aby spowodować, że nawet prosty temat brzmi ciekawie i wprowadza pewną wyższą harmonię w słuchaczu (odbija się alikwotami), powodując rodzaj rozluźnienia.


Nagrałaś w sumie siedem płyt. Na każdej z nich występujesz z innym składem muzyków. W jaki sposób ich dobierasz?

Składy muzyków na płycie dobieram pod kątem tego, jak ma brzmieć całość. Czasem życie generowało pewne składy - ktoś kogoś znał, ktoś kogoś polecał. Ale na pewno dzięki różnym muzykom każda z moich płyt brzmi nieco inaczej. Na „Ultra” sekcja z Wojtkiem Pilichowskim i Piotrem Remiszewskim nadała albumowi elektryczne, mocne brzmienie funky. „Emotions” to z kolei granie fusion opierające się na sekcji złożonej z Michała Grota (bas) i Zdzisława Kalinowskiego (fortepian). „Feelings” stanowiło ukłon w stronę jazzu, zagrali na niej Paweł Pańta na kontrabasie i Wojtek Gogolewski na fortepianie. A „Moments”? Sami musicie ocenić, ale w pewnym sensie to zwrot w stronę jazzu skandynawskiego, przestrzennego klimatu, całość oczywiście nagrywana live.


No właśnie, co oznacza dla Ciebie nagrywanie live? Poza tym, że wszyscy spotykacie się w jednym pomieszczeniu i każdy z instrumentów rejestrowany jest w tym samym czasie co pozostałe, bez dogrywek. Masz rozpisane aranże i miejsca na improwizację? Czy jakoś inaczej to wygląda?

Podczas pracy nad kompozycją zazwyczaj zaczynam od tematu, który łączy się z harmonią, potem ustalam przebieg improwizacji czyli harmonię, na jakiej się improwizuje. Pewne fragmenty są z góry ustalone, pewne wynikają ze wspólnej, spontanicznej pracy całego składu. Ale ważne jest, aby utwór był zamknięty i ograny przez zespół przed wejściem do studia, gdzie nie ma już możliwości aranżowania czy uczenia się, ponieważ czas jest zwykle ograniczony.

Nagranie live to właśnie zarejestrowanie jakby na żywo w studiu całego zespołu. W trakcie tego procesu między muzykami wytwarza się pewien charakterystyczny rodzaj energii, który nie sposób spreparować. Słuchając płyty, po prostu się czuje, że muzycy grali razem, że stworzyli wspólnie w danym miejscu i czasie jakiś kawałek muzyki. Takie nagrania mają swoją szczególną dynamikę i przestrzeń.


Powiedziałaś wcześniej, że gdzie realizujesz nagrania, wiemy też, jak tworzysz materiał. A jak wygląda reszta procesu produkcji każdej Twojej płyty? Wszystkim zajmujesz się sama?

„Moments” to moja siódma płyta i tak jak pozostałe stanowi jakąś część mojej osobowości. Przygotowuję ją od strony produkcyjnej, organizuję środki finansowe na wydanie, nagranie, sesje zdjęciowe, grafikę. Czasem szukam wydawcy, tak jak to było w przypadku Ultra” (wyd. ITI) lub „Tribute to nat King Cole” (wyd. DUX). Najnowszy album ma wydać Agencja Fonograficzna Polskiego Radia. Część płyt jak „Garden Of Love”, „Emotions” czy „Feelings” wydałam we własnej wytwórni „Diuna Club”. Cenię sobie niezależność, a także kontrolę nad tym, co tworzę. Ukończyłam Liceum Plastyczne, zdarza mi się malować i rysować, dlatego lubię też kontrolować stronę wizualną albumu. Myślę, że tylko w taki sposób mogę pozostać w zgodzie z własną osobowością, a cenię sobie wolność w tworzeniu. Jeśli chodzi o działania promocyjne, to zależą one od budżetu, który w danym momencie uda mi się zgromadzić. Działam w Mazowieckiej Fundacji Kultury Diuna, ale staram się też organizować środki z innych źródeł.


Pieniądze, pieniądze… Dzisiaj sporo mówi się o targetach, rynkach, muzyka jak wszystko inne w komercyjnej rzeczywistości zaczęła nosić cechy „produktu”. Jak przetrwać w tym świecie i pozostać w „artystycznej” zgodzie z sobą? Tobie mimo lat wielu lat spędzonych na scenie, ciągle się to udaje…

Jest to bardzo trudne, jeśli chce się wytrwać przy swoich ideałach muzycznych i kompozycyjnych, wiele zależy od szczęścia oraz sytuacji w życiu. Praca, determinacja i nieschodzenie z obranej drogi przez lata daje w końcu rezultaty. Można grać tzw. joby, ale z tyłu głowy musi zawsze brzmieć nasza autorska muzyka czy projekty, które mamy w zamyśle realizować. Oglądanie się na rynek podczas procesu kompozycyjnego nie ma sensu, gdyż wówczas to nie jest komponowanie, a działanie intelektualne. Jeśli myślimy o tym, że utwór musi mieć trzy minuty, być w takim a nie innym groovie, mieć takie, a nie inne proste harmonie, bo tego wymaga od nas rynek, wówczas przestajemy być kompozytorami, a stajemy się biznesmenami. Wiele osób podąża tą drogą lecz to ich wybór, ja podchodzę do sprawy inaczej. Jak coś mnie zainspiruje i mam pomysł w głowie, po prostu go zapisuję, a później ogrywamy go w zespole. Nie myślę o targetach, produktach czy komercyjnej rzeczywistości.


Jednak przez kilka lat prowadziłaś klub muzyczny w Warszawie. Wówczas też nie brałaś tych czynników pod uwagę?

Jeśli chodzi o pracę w klubie, to jest to działalność zupełnie innego typu, to działania menadżerskie. Myśli się o zbilansowaniu budżetu koncertowego czy miesięcznego w klubie. W Diuna Club często robiłam imprezy taneczne po to, żeby móc później zrealizować jakiś fajny koncert. W tego rodzaju działalności zawsze należy brać pod uwagę budżet, jaki mamy na daną produkcję, organizacja środków finansowych stanowi część pracy nad projektem. Natomiast w przypadku komponowania czy pracy twórczej nad muzyką, nigdy nie myślę o tych sprawach. To zabija twórczość.


Co najbardziej sobie cenisz w muzyce?

To bardzo trudne i zarazem łatwe pytanie. Cenię sobie to, że muzyka po prostu jest i że mogę dzięki niej wyrażać własne emocje i uczucia, a także próbować wyrazić to co niewysławialne. Życie bez muzyki właściwie jest niemożliwe, wciąż i zawsze otaczają nas dźwięki. Nawet planety wibrują w konkretnych częstotliwościach, czego możemy posłuchać dzięki sondzie Voyager, ludzkie ciało również je wydaje, co dokładnie zbadał John Cage. Zresztą dźwięk sam w sobie to kreacja czego potwierdzeniem są ostatnie badania nad fenomenem częstotliwości. Warto w tym miejscu przytoczyć cytat z Biblii nadający dźwiękowi najwyższy stopień kreacji czyli „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo. Ono było na początku, u Boga. Wszystko przez nie się stało, a bez Niego nic się nie stało” (J 1,1-3).


Czego możemy się spodziewać w związku z Twoją nową płytą? Koncerty w Polsce czy zagranicą? Festiwale czy kluby?

Z Agencją NextStep pracujemy nad organizacją koncertów w kraju i zagranicą, wszelkie informacje są dostępne na mojej stronie internetowej www.krzysiagorniak.pl.


Dziękuję za rozmowę.



zamów z

merli amazon shop