Moda i Styl nr 1/ wiosna 2009

Kobieta z gitarą... To brzmi intrygująco... Dlaczego wybrała Pani ten instrument?

To dość śmieszna historia o przypadku lub jak kto woli o przeznaczeniu:) Na gitarze zaczęłam grać gdy miałam 10 lat. Zdawałam do szkoły muzycznej i powiedziano mi, że nie ma miejsca na fortepian, dlatego proponują mi gitarę lub wiolonczelę. Ponieważ nie wiedziałam jak wygląda wiolonczela, nikt z mojej rodziny nie był muzykiem, to wybrałam gitarę klasyczną. Po paru latach zorientowałam się, że gitara klasyczna nie daje dla mnie wystarczająco rozbudowanych możliwości kolorystycznych i dynamicznych, jest instrumentem kameralnym i raczej nie używanym w zespołach. Dlatego zaczęłam brać lekcje na gitarze elektrycznnej. Potem były już warsztaty jazzowe w Puławach i wydział jazzu na Bednarskiej w Warszawie.

W tzw. środowisku utarło się postrzegać gitarę jako instrument niezwykle męski. Czy spotkała się Pani z jakimiś nieprzychylnymi opiniami ze strony konkurencji?

Niestety to pytanie powraca do mnie jak bumerang od wielu lat. Jest bardzo mało gitarzystek jazzowych na świecie, dlatego jestem dość unikatowym produktem.
Obecnie sytuacja w jazzie się zmienia jest coraz więcej instrumentalistek, powstają nawet festiwale "Laidis Jazz Festival", jednak wciąż królują na nich wokalistki. Jest to trudny zawód dla instrumentalistki, wymagający poświęcenia, a jednocześnie nie dający pewności i poczucia bezpieczeństwa. Wymagający siły, determinacji i zaangażowania, a jednocześnie wciąż powraca pytanie jak grać? Czy tak jak mężczyźni, czy używając kobiecej wrażliwości i ciepłego brzmienia?
Każdy muzyk spotyka się z nieprzychylnymi opiniami, ale dla mnie najważniesze są pozytywne reakcje i wiara w to co się robi niezleżnie od zmieniających się warunków na rynkach muzycznych. Najważniejsza jest osobowość, pewność siebie, oraz przekonanie o własnej wartości.

W Pani utworach słychać inspiracje m.in. Patem Methenym i Mikem Sternem. Czy to są muzycy, ktorych najbardziej Pani ceni?

Mike'a Sterna sporo kopiowałam na studiach, uczyłam się jego fraz i języka muzycznego, miałam też z nim bezpośredni kontakt na warsztatach. Pat Metheny grał na Festiwalu Warsaw Summer Jazz Days 2000 w Warszawie, gdzie ja z moim zespołem miałam także możliwość wystąpić na bocznej scenie na Rynku Nowego Miasta z materiałem z mojej pierwszej płyty "Tales". Gdy spotkałam Pata to nogi mi się ugięły, w tamtym czasie był on moim guru muzycznym. Budziłam się i kładłam z jego muzyką, uwielbiałam jego liryczne frazy i ciepłe, wręcz kobiece brzmienie. Po koncertach wraz z zespołem daliśmy Patowi naszą płytkę demo z materiałem z "Tales" wówczas jeszcze nie wydanym, nagraną w Studio Neubau w Grazu. Spędziliśmy trochę czasu razem w Harendzie na jam session, rozmawiając o muzyce i życiu. No i Pat napisał do nas maila po kilku dniach, że materiał przesłuchał i, że mu się podoba i fajnie jeśli będziemy dalej ciągnąć ten projekt. Był to dla mnie przełomowy moment, zrozumiałam, że pomimo przeciwności losu, powinnam dalej grać i komponować. Zrozumiałam, że może odbiegam od przyjętych szablonów wykonawczych lecz, że tworzę coś nowego i wartościowego. Dzięki temu spotkaniu uwierzyłam w siebie.

Jest wielu utalentowanych wykonawców, którzy dopiero kształtują swoją pozycję na rynku muzycznym. Czy w Polsce łatwo jest zaistnieć i stać się popularnym?

Polska ma swoje plusy i minusy, jak każde miejsce na Ziemi. Podoba mi się emocjonalność ludzi tutaj, ich otwarcie i ciepło, umiejętnośc dobrej zabawy, ale także kreatywność i zmysł improwizacji. Mamy w Polsce także świetnych muzyków obdarzonych niezwykłym talentem, zresztą docenianych w Europie, gdzie opinia o Polskim jazzie jest bardzo wysoka. Polska to kraj o bardzo dużym potencjale ludzkim, jednak niestety o bardzo niskiej samoocenie. Dlaczego media w Polsce wolą puszczać kiepską muzykę z „zachodu”, zamiast warościowej z kraju?

Uprzedziła Pani moje pytanie. No właśnie dlaczego? Jest przecież sporo dobrych polskich wykonawców, tworzących muzykę ambitniejszą, ale dość przystępną w odbiorze. Mimo to, żadko można ich usłyszeć w radiu.

W Polsce głównym problemem jest dystrybucja i sprzedaż płyt i muzyki, nasze firmy fonograficzne praktycznie nie mają w Europie zachodniej rynków zbytu. Po za tym media w Polsce skoncentrowane są, w tej chwili na produkucji tzw. gwiazd, które oprócz tego, że tymi gwiazdami są nic sobą nie reprezentują. Profesjonalizm i kompetencje są rzadko powodem artykułow w poczytnej prasie. Radia z kolei prawie nie puszczają nowej Polskiej muzyki. Powodem szerokiej popularnościi jest zazwyczaj w Polsce rozbudowane życie prywatne, oraz chamstwo i prostactwo, niestety...
Z racji, że moja muzyka jest międzynarodowa i trafia do ludzi na całym świecie, myślę o rozszerzeniu mojej oferty o rynki europejskie. Podjęłam ostatnio współpracę z bardzo dobrym managerem, myślę, że po premierze "Emotion", spróbujemy nawiązać kontakty dystrybucyjne z partnerami w Europie. Mam wrażenie, że tzw. Polskie Radia, wcale nie są Polskie! Grają repertuar jakby ich siedziby były gdzieś pod Londynem lub pod Los Angeles. Wartościowa nowa polska muzyka to naprawdę rzadkość w radiach. Promowanie nowych artystów przestało być modne i wartościowe wśród redaktorów. Lepiej jest puścić to co wszyscy znają i w kółko grają, niż poszukać i spróbować pokazać coś nowego. Niestety u nas wiele zależy od pieniędzy. Jak ma się odpowiednią ilość pieniędzy to można liczyć na pewną liczbę puszczeń w rozgłośniach komercyjnych. Jeśli chodzi o rozgłośnie państwowe to siła znajomości dla wielu są nie do przebicia.
Niestety w ten sposób media same wykańczają rodzimy przemysł muzyczny, koncentrując się w danym sezonie tylko na kilku znanych, nie zawsze wartościowych wykonawcach. Brakuje nam wielowarstwowego rynku muzycznego i odbiorcy, który wywodziłby się z klasy średniej, nie byłby zainteresowany piractwem i z ciekawością śledził rodzime nowości wydawnicze, tak jak to jest w większości krajów Europy Zachodniej.

Jak Pani widzi przyszłość jazzu fusion, smooth jazzu w Polsce?


Wiele zależy od stosunku mediów do artystow, jeśli będą media, które będą taką muzykę promowały, wówczas rynek może się rozwijać, jeśli nie, to niestety będzie to wszystko wyglądało tak jak do tej pory. Niezależnie od okoliczności zewnętrznych artyści będą tworzyli i grali koncerty, dużym plusem współcześnie jest rozwój internetu i szeroki dostęp do muzyki w sieci.

Lubi Pani grać koncerty? Co daje taki bezpośredni kontakt z publicznością?

Granie koncertów to dla mnie najwspanialsza rzecz jaką mogę robić w życiu. Wciąż wspominam, gdy w Austri w „Porgy & Bess” publiczność, aż westchnęła po balladzie, którą zagrałam, dopiero potem zebrały się oklaski. W Niemczech w Hilden w małej sali ludzie stali stłoczeni jak w tramwaju przez 2 godziny, w Grecji musiałam bisować 4 razy, aż nie mogłam już ustać ze zmęczenia. dla takich chwil warto żyć.
To co gramy to ekspresja naszych emocji czy osobowości. Uważam, że emocje przede wszystkim określają improwizację; czy jest ona zadziorna, nerwowa, ekspresyjna i pełna nowości, czy znowu spokojna, stonowana, ciepła i słoneczna?
Często na koncertach bardzo wiele zależy od stanu w jakim jesteśmy, zatem kompozycje bezpośrednio wynikają z emocji. Pytania jakie są często przy nas muzykach to: czy miłość jest obecna, czy ambiwalencja uczuć jest amplitudą do zniesienia i zaakceptowania i czy możliwe jest wyrażanie jej za pomocą muzyki? Miłość szczęście, złość, zdenerwowoanie, przyjaźń określają nasze życie, a jednocześnie budują poezję kompozycji. Dlatego właśnie "Emotions", wynika to bezpośrednio z przeżycia i niepowtarzalności chwil jakie możemy dać publiczności na koncertach.

Jak się Pani gra z wokalistą, wokalistką? Czym się to różni od instrumentalnego nagrania?

Bardzo lubię grać z różnymi muzykami, jeśli tylko odpowiada mi ich jakość i stylistyka. Mam na końcie płytę „Garden Of Love”, która powstała ze współpracy z wokalistą Szymonem Pejskim, którą wyprodukowałam i zagrałam partie gitar. Współpraca z woklistą zasadniczo nie różni się od innych rodzajów grania, w piosenkach jest mniej improwizacji i więcej podkładowych gitar. Trzeba skupić się na dobrym zagraniu podkłau, a nie tylko na popisowej solówce, niemniej jednak nie jest to wcale łatwiejsze niż granie solo. Wymaga dużego skupienia i koncentracji.

Ma pani jakieś niezrealizowane marzenie muzyczne? Chciałaby Pani zagrać z kimś wspólnie koncert albo sesję? A może posłuchać kogoś na żywo?

Moje marzenia to nagrywać kolejne płyty i utrzymać się na rynku muzycznym, grać jak najwięcej koncertów i rozszeżyć swoją ofertę o rynki światowe. Mieć wspaniałą oddaną publiczność, która zawsze będzie chciała przychodzić na koncerty i kupować płyty.

Oprócz nagrywania płyt, występów na żywo, prowadzi Pani również klub muzyczny, a także maluje. Jak udaje się Pani połączyć czasowo i zawodowo wszystkie te zajęcia?

Czas to pojęcie względne, owszem mam go mało, ale mam go też bardzo dużo.... Zazwyczaj, czym bardziej jestem zajęta, tym więcej rzeczy udaje mi się zrobić w krótkim czasie. Najmniej produktywne są okresy stagnacji, zawsze potrzebne, po to, aby potem ruszyć do przodu. Zazwyczaj pracuję zrywami, od projektu do projektu, a komponuje zależnie od natchnienia.

Rozmawiał Adam Żeberkiewicz. Moda i Styl nr 1/ wiosna 2009, s. 138-139

zamów z

merli amazon shop