Jazz Forum 06/2002

Krzysztofa Górniak to nazwisko może jeszcze nie specjalnie w Polsce znane, ale pewnie wkrótce to się zmieni. Na razie 27-letnia gitarzystka więcej czasu spędza w Grazu, gdzie właśnie kończy studiować na Wydziale Jazzu niż na scenach rodzimych klubów. Krzysia zachwyca swoją wszechstronnością: z równą łatwością maluje obrazy jak i dyskutuje o filozofii, a kiedy pojawia się na scenie i zaczyna grać, na wielu twarzach maluje się wyraz bezbrzeżnego zdumienia. Jej wysmakowana, melodyjna muzyka podoba się w wiedeńskich i greckich klubach, właśnie ukazała się debiutancka płyta "Tales" nagrana w międzynarodowym towarzystwie, a już niebawem będzie można pewnie usłyszeć Krzysztofę w kraju.

JAZZ FORUM: W jazzowym światku kobiety instrumentalistki nadal stanowią rzadkość - to może jakieś 5 % wszystkich muzyków. Kobieta na scenie, która nie jest wokalistką, wciąż wzbudza sporą sensację - z jednej strony to dobrze: może łatwiej na siebie zwrócić uwagę, ale z drugiej pewnie czasami pojawiają się sytuacje niezręczne. Jakie trudności sprawia bycie jazzwoman?

KRZYSZTOFA GÓRNIAK: Muzyka, jak każda ze sztuk, jest związana z osobowością twórcy. W procesie końcowym płeć nie ma znaczenia, to, co istotne to muzyka i jej jakość. Nigdy nie zastanawiałam się dlaczego jazz zdominowany jest przez mężczyzn. Nie interesowało mnie czy słucham gitarzystki czy gitarzysty, ważne było, czy muzyka jaką grają jest interesująca i na dobrym poziomie. Trzeba mieć bardzo silną osobowość, by wytrwać przy muzyce.
Chciałam grać muzykę od dziecka, ale bywały momenty, kiedy moi koledzy, gdy jeszcze nie grałam zbyt dobrze, naśmiewali się ze mnie, mówili: dziewczyna... Co ty tu robisz? Nie było to miłe i nie było łatwo sobie z tym poradzić. Facetom jakoś zawsze było łatwiej odnaleĄć się w środowisku, istnieją najczęściej w ścisłych układach, mają kumpli, załatwiają sobie nawzajem grania. Kobieta w zespole jest sytuacją specjalną - trzeba się pilnować, zachować pewną kulturę. Myślę jednak, że to, czy ktoś gra i w jaki sposób to robi nie zależy od płci, lecz przede wszystkim od osobowości.

JF: Grywasz chyba wyłącznie z mężczyznami, nie myślałaś kiedyś o założeniu kobiecego zespołu jazzowego?

KG: Jeżeli w przyszłości na swojej drodze spotkam kobiety, które będą grały w taki sposób, że będzie to odpowiadało mojej koncepcji muzycznej, wówczas oczywiście z chęcią będę z nimi współpracować. Na pewno zespół złożony z samych kobiet jest pewnego rodzaju atrakcją komercyjna, ale nie jestem pewna czy muzyczną.

JF: Co dla ciebie jest najważniejsze w muzyce?

KG: Najbardziej w muzyce podoba mi się jej czasowy charakter. To, że bezpośrednio związana jest z życiem i jego upływem. TeraĄniejszość doświadczania muzyki, jej przepływu, emocjonalnego nasycenia, abstrakcyjność doznań, to wszystko wyróżnia ją spośród innych dziedzin sztuki. Szczególnie jazz jako muzyka improwizowana, muzyka chwili tworzona "tu i teraz" jest dla mnie środkiem wyrazu dzięki, któremu najpełniej mogę wyrazić emocje.
Uważam, że muzyk w pewnym stopniu jest tylko medium, kimś kto wychwytuje fale energetyczne, które płyną wokół nas, kimś kto zbiera je i nadaje im kształt, indywidualny wyraz. Tak powstaje muzyka. Trudno wówczas oddzielić emocje od intelektu, czy wpływ chwili od intuicji, albo określić proporcje, stwierdzić co ma większy wpływ na muzykę, bo w proces tworzenia zaangażowany jest cały artysta. Każdy koncert uzależniony jest od wielu czynników: miejsca w jakim się gra, publiczności i jej reakcji, samopoczucia i kondycji fizycznej artysty. Inne dziedziny sztuki nie posiadają tej bezpośredniości.

JF: Muzyka, którą grasz jest przeważnie bardzo melodyjna, a przy tym raczej spokojna i refleksyjna - takie utwory komponujesz ty i twoi koledzy z zespołu. Nie masz czasem ochoty na cos bardziej szalonego, mocniejszego?

KG: Komponując muzykę nie zastanawiam się nigdy nad tym czy ma być ona melodyjna czy np. atonalna. Wypływa ona z wnętrza, jest wynikiem pewnych przeżyć, emocji, doświadczeń. "Tales" (przyp. red.: debiutancka płyta Krzysi) jest konkretnym projektem i ma "softowy" charakter, opowiada o miłości, przyjaĄni, o tym, że słońce wstaje nad morzem i jest piękna pogoda. Klimat tej muzyki jest łagodny, jest pozytywna i rozluĄniająca. Nie oznacza to jednak, że pozbawiona jest ona energii, czy szaleństwa, myślę, ze jest to muzyka do wielokrotnego przesłuchania i odkrywania nowych znaczeń. Obecnie mam pomysł na zupełnie inną płytę. "Ultra Violet" ma być ostrzejsza, z mocniejszymi groove'ami. Nie będzie to płyta jazzowa, raczej z pogranicza undergroundu i jazzu, trochę w stylu Björk, trochę Massive Attack.
W składzie znajdzie się oprócz gitary: wokalistka, keyboardy i sekcja. Wszystkie kompozycje będą mojego autorstwa.

JF: Jakie są twoje wzorce, muzycy, którzy mieli na ciebie największy wpływ?

KG: Słucham bardzo różnej muzyki, od bardzo lekkiej, granej przez DJ-ów, komputerowej, aż po free jazz. Nie chcę się ograniczać. Myślę, że ważne jest, by chłonąć różne rzeczy, by być cały czas wewnątrz świata muzycznego. Istotne jest, by muzyka była dobrze zrobiona, miała dobrą jakość i energię. Z gitarzystów najbardziej cenię Metheny'ego, Frisella, Abercrombie'ego, Scofielda, Bensona, Rypdala, Townera i oczywiście klasyków: Passa, Halla, Montgomery'ego. Czyli tych, co wszyscy. Najbardziej Metheny'ego i Abercrombie'ego, co zresztą chyba mozna usłyszeć na "Tales". Lubię też Satrianiego. Z innych muzyków... Właściwie to raczej inspirują mnie poszczególne plyty. Na przykład "Return To Forever" Chica Corei, "New Moon Daughter" Cassandry Wilson, "I Took Up The Runes" Jana Garbarka, "Nefertiti" Miles Davisa, "Terje Rypdal/Miroslav Vitous/Jack DeJohnette", "Speak No Evil" Wayne'a Shortera. Mam pomysł, aby kompozycje ze "Speak No Evil" nagrać na trio akustyczne: gitara akustyczna, bass i bębny. Chyba nikt jeszcze tak tego materiału nie zaaranżował. Lubię klasyczne rzeczy, ciągle mogę do nich powracać. Słucham też takich wykonawców jak Sting, Shade, Meshell Ndegeocello, Erykah Badu, Marcy Gray. Uwielbiam Eberharda Webera i Garbarka, kiedy razem grają tworzą zupełnie niepowtarzalną muzykę.

JF: Co zadecydowało o tym, ze wybrałaś gitarę?

KG: Stało się to zupełnie przypadkiem, ale może to kwestia przeznaczenia? Gdy miałam 10 lat, zdawałam do szkoły muzycznej, grałam wówczas na fortepianie w ognisku muzycznym. Ponieważ w szkole nie było już miejsc na fortepian, powiedziano mi, żebym wybrała wiolonczelę albo gitarę. Nie wiedziałam jak wygląda wiolonczela, więc wybrałam gitarę. Moi rodzice, nie są muzykami, więc w domu nikt nie rozmawiał o budowie instrumentów. Zdecydowałam się grać na gitarze i po roku zaproponowano mi miejsce na fortepian, lecz wówczas nie chciałam się zamienić, pokochałam gitarę. Przez kilka lat grałam na gitarze klasycznej, aby znów zupełnym przypadkiem odkryć jazz. Gdy miałam szesnaście lat dostałam od kolegi bilet na Jazz Jamboree, na koncert Michaela Breckera. To było jak objawienie, nogi mi się trzęsły po tym koncercie. Od tego czasu wiedziałam, że chcę grać jazz. Proces związany ze zmianą instrumentu z gitary klasycznej na elektryczną, bardziej odpowiadającej jazzowej ekspresji, trwał około trzech lat. Zaczęłam szukać warsztatów jazzowych oraz możliwości grania jazzu na gitarze elektrycznej.

JF: Pamiętam, że jeszcze w szkole muzycznej na Bednarskiej grałaś w zespole Buzu Squat - nie był to zespół jazzowy, ale został w pamięci wielu osób jako interesujące zjawisko.

KG: Praca z Buzu Squat była dla mnie interesującym doświadczeniem, ze względu na konfrontację z zupełnie innym światem muzycznym. Graliśmy koncerty w wielu miejscach w Polsce, na różnych imprezach charytatywnych, festiwalach.
Zespół pop-rockowy funkcjonuje na odmiennych zasadach niż jazzowy. W jazzie każdy koncert jest wyzwaniem, wielką niewiadomą, możliwością zaistnienia zupełnie nowej jakości, w popie grając piosenki właściwie odtwarza się skończony pomysł. Współpraca z Buzu była dla mnie ciekawa do pewnego momentu, lecz gdy, nauczyłam się wszystkich piosenek, a forma nie pozwala na wprowadzenie nowych elementów, zaczęłam nudzić się w tej muzyce. Granie w tego typu zespole uważam za dobrą zabawę, ale nie traktowałabym nigdy takiej działalności za główną.

JF: Za pierwszym podejściem zdałaś do klasy gitary na wydziale jazzu w Grazu. Opowiedz jakie są zasady kwalifikacji do tej szkoły i jak przebiega potem nauka?

KG: Kiedy zdawałam do szkoły , na wydział gitary startowało 25 gitarzystów z całej Europy, przyjęto 4. Konkurencja była dosyć spora, musze dodać, że egzaminy były otwarte, mogliśmy słuchać siebie na wzajem, co właściwie eliminowało "przyjęcie po znajomości". Egzamin składał się z dwóch części: teoretycznej i praktycznej. Część teoretyczna wydaje mi się niezwykle prosta, najważniejsze jednak jest granie. Należy przygotować dwa standardy jazzowe i jednego bluesa. Na miejscu wykonawca ma do dyspozycji sekcję rytmiczną. Mile widziane jest przedstawienie utworu klasycznego, lecz nie jest to obowiązkowe.
Nauka w szkole oficjalnie trwa 6 lat, lecz jest możliwość ukończenia jej w krótszym terminie, wszystko zależy jak szybko zaliczy się przedmioty teoretyczne. System podzielony jest na dwa etapy: pierwszy, po którym uzyskuje się dyplom licencjacki i drugi magisterski. Nauka w szkole dla Polaków jest bezpłatna, lecz niestety nie wiem jak długo jeszcze, gdy* rząd austriacki wciąż wprowadza zmiany. Właściwie nie ma ograniczeń jeżeli chodzi o liczbę przyjmowanych kandydatów na rok, wszystko zależy od tego jak ludzie grają. Średnio na każdy instrument przyjmowane są 3-4 osoby, ale był taki rok, gdy na fortepian nie przyjęto nikogo, gdyż poziom kandydatów nie odpowiadał profesorowi.

JF: Dlaczego zdecydowałaś się na studia właśnie tam, a nie np. w Katowicach? Czy jest cos charakterystycznego dla tej szkoły, co odróżnia ją od pozostałych szkół w Europie?

KG: Jak każda szkoła, także i ta ma swoje dobre i złe strony. Grazowska ma na pewno więcej plusów niż minusów. Miałam tutaj kontakt z wielkimi osobowościami muzycznymi. Jeżeli chodzi o gitarę bardzo cenię sobie Wayna Brasela, Amerykanina, który wiele lat spędził w Los Angeles, nagrał płytę z Patituccim i Erskinem. Mamy tutaj, także Karla Ratzę - cygana z austriackim obywatelstwem, który przez lata grał z Chetem Bakerem. Christian Rover - interesujący gitarzysta - przez osiem lat studiował w Bostonie, obecnie głównym nauczycielem gitary jest Guido Jaschenski - bardzo dobry pedagog. Zaletą szkoły jest to, iż ma ona charakter międzynarodowy, więcej niż połowa studentów to ludzie różnych narodowości.
Bardzo wielu uczniów pochodzi z krajów byłej Jugosławii, reszta to: Finowie, Włosi, Niemcy, Hiszpanie, Czesi, Słowacy, Grecy i Polacy. Szkoła w Grazu to chyba jedna z najlepszych szkół europejskich. Ma stały kontakt z Berklee, dzięki czemu na workshopach pojawiają się tamtejsi pedagodzy. Będąc w Grazu miałam kontakt z takimi muzykami jak: Bill Dobins, Bob Mintzer, Niels Oskar Petersen, Shela Jordan, Mick Murphy, Jay Clayton, Nguyen Lee, Garison Fewell, Adam Nusbaum, Alan Jones, itp. W szkole uczy fortepianu dodatkowego Kuba Stankiewicz, więc mamy Polski akcent w kadrze profesorskiej. Z cała pewnością w Polsce nigdy bym się tyle nie nauczyła, albo zajęłoby mi to o wiele więcej czasu. Jeżeli chodzi o Katowice, to zdawałam na tamtejszy wydział jazzu, lecz nie zostałam przyjęta, więc pojechałam do Grazu. Teraz jestem wdzięczna profesorom w Katowicach, że mnie odrzucili bo prawdopodobnie, nigdy nie spróbowałabym wyjechać.

JF: W Grazu rozpoczynałaś swoją już stricte jazzową działalność koncertową. Wiem, że grywasz w klubach w Wiedniu czy Grazu, a także kilkakrotnie występowałaś w Grecji. Czy trudno jest zabukować granie w dobrym klubie jazzowym na Zachodzie? Jakie są reakcje na waszą muzykę?

KG: Bukowanie koncertów to nie jest praca dla muzyka, lecz dla menadżera. Ja niestety takiego nie posiadam, ale nie poddaję się. Przykro mi to mówić, lecz w większości klubów, właściciele nie wiele znają się na muzyce. Znaczy to, że jakość przedstawionej muzyki właściwie nie ma znaczenia. Istotne jest, w jaki sposób się ją sprzedaje. Mamy w Grazu taką anegdotę, o pewnym puzoniście, który zawsze ma dużo gigów: "Jak on to robi?
Po prostu marnie gra, ale dobrze potrafi zagadać". Istnieje tendencja, iż wszystko, co przychodzi z Ameryki odbierane jest bez zastrzeżeń, zaskoczona jestem jak wiele cennej muzyki, np. jazzu europejskiego, w ogóle nie istnieje medialnie. Na przykład będąc w Grecji zachwyciłam się wykonywana tam muzyką improwizowaną na doskonałym poziomie, jazz z elementami etno o bizantyjskich korzeniach. Zauważyłam, że każdy z krajów europejskich może wnieść do jazzu wartościowe, ożywcze elementy, związane z narodową tradycją muzyczną, odmienną wrażliwością, czego chyba najlepszym dowodem są sukcesy muzyków skandynawskich. Generalnie jednak Europa jest podzielona, muzycy z różnych krajów raczej nie współpracują ze sobą, a kluby raczej ich nie promują. Myślę, że w Europie jest bardzo silny i wartościowy nurt muzyki improwizowanej, który jednak się nie przebija, ponieważ zdominowany jest przez muzykę amerykańską, a także przez wielkie koncerny płytowe. Jeżeli chodzi o dobre kluby, to mają one oczywiście swój poziom, tak jest np. w przypadku "Porgy & Bess", gdzie miałam okazję zagrać z "Tales" , a w grudniu tego roku wystąpić ponownie w ramach polskich dni jazzowych. Właściwie wszystko zależy od przedstawionej muzyki, jeżeli projekt podoba się, wówczas możliwe jest granie koncertu. "Tales" został niezwykle dobrze przyjęty, klub wypełniony po brzegi, właściwie byłam zaskoczona tak entuzjastyczną reakcją wiedeńskiej publiczności, zazwyczaj chłodnej. W Grecji grałam kilka małych tras (po cztery, pięć koncertów), zagrałam również na "3rd Jazz Festival Santorini 1999", a ostatnio w kwietniu tego roku graliśmy w Jazz Klubie w Salonikach i w mniejszych miejscowościach. Tutaj, także reakcje publiczności, są bardzo spontaniczne.

JF: Ostatnio wydałaś płytę: opowiedz co to za projekt i z kim była nagrywana.

KG: Na płycie znalazła się muzyka z trzech lat - poszczególne utwory nagrywane były od 1998 do 2000 roku. Każda z kompozycji opowiada jakąś historii, stąd zresztą tytuł płyty. Na przykład utwór zatytułowany Nikolas Tzimkas napisał w Wiedniu dla swojego młodszego brata, When I Leave powstał, gdy opuszczałam Saloniki, mając przed oczami wspomnienia przepięknej Grecji. Płyta była tak pomyślana, by rosło napięcie. Kompozycje basisty są bardziej spokojne, bardziej soft, dlatego znalazły się na początku. Układając program nie patrzyliśmy na przykład w ten sposób, aby płyty otwierał "hit", ale chodziło nam o to, by muzyka rozwijała się dramaturgicznie i kolorystycznie. PóĄniej, w kompozycji gitarzysty Mikko Iivannainena muzyka skłania się nawet w stronę free.

JF: Jakie jest twoje instrumentarium?

KG: Od lat gram na oryginalnej amerykańskiej gitarze Charvel Jackson, z systemem flow drows, mam także gitarę elektroakustyczną, Yamaha APX-6A, najczęściej używam strun d'Addario - grubość 10. Używam efektów- kostek firmy Boss: Super Chorus CH-1, Blues Driver BD-2, Digital Reverb/Delay RV-3, Octaver OC-2, mam także sampler "Boomerang", oraz "Cry Baby" Jim Dunlop'a. Mam dwa wzmacniacze: Marshall JTM 60 (lampowy) i Marshall Valvestate VS65R (tranzystorowy).

JF: Płytę wydałaś własnym sumptem - nie było chętnych wytwórni, które interesowałby się tym materiałem?

KG: Nie interesowałam się wytwórniami, postanowiłam wydać płytę prywatnie z tego względu, że miałam nad nią całkowitą kontrole. Miałam pomysł na okładkę, gdzie umieściłam swoje obrazy, na teksty w środku, także muzyka jest w większości mojego autorstwa. Chciałam, aby pierwsza płyta była nie przekłamanym obrazem mojej osoby, choć nie wykluczam możliwości, że następne płyty wydam w jakiejś wytwórni.

JF: Wiem, że muzyka nie jest jedynym twoim zainteresowaniem: skończyłaś plastyczne liceum i malujesz obrazy, a dwa lata temu obroniłaś pracę magisterską o Johnie Cage'u na wydziale filozofii UW. Na wszystko wystarcza ci czasu? Czy poświęcanie się np. malarstwu nie odbiera energii, którą mogłabyś poświęcić jednak muzyce?

KG: Od dziecka zajmowałam się wieloma dziedzinami sztuki, wymagało to ode mnie niezwykłego poświęcenia. Nie ukrywam, że skończenie tak wielu szkół było pracochłonne, ale udało się. Owszem zajmuję się wieloma dziedzinami sztuki, lecz wszystkie one uzupełniają się i nakładają na siebie. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, że jakaś z tych dziedzin pasjonuje mnie bardziej, wymagają one po prostu różnego typu aktywności. Wydaje mi się, iż muzyka najlepiej odpowiada pewnym aspektom mojej osobowości. Muzyka umożliwia artyście przekazywanie ogromnych ładunków energii i emocji dzięki bezpośredniemu kontaktowi z publicznością. W muzyce nie można pozwolić sobie na chwilę przerwy, grając na instrumencie, trzeba ćwiczy i to ćwiczenie musi być zawsze "przy tobie" . Malarstwo czy fotografia nie wymaga takiego regularnego rytmu, choć pozwalają mi realizować inne moje pomysły.
Natomiast filozofia była dla mnie wyzwaniem, po prostu chciałam rozszerzyć "pole własnego widzenia". Środowisko muzyków jazzowych, np. moich kolegów z Bednarskiej, wydawało mi się w pewnym sensie ograniczone twórczo tylko do jednej dziedziny. Estetyka to przecież jedna z gałęzi Filozofii, traktująca o Sztuce, jej znaczeniu, symbolice, o sensie twórczości,

JF: - Za rok skończysz Graz - jakie masz plany: wracasz do Polski czy może zostaniesz za granicą?

KG: Zauważyłam, że w moim życiu plany nie wiele pomagają, większość zdarzeń to kwestia pewnych okoliczności, czy przypadków. Dlatego staram się żyć chwilą i nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość. Może wrócę do Polski, może zostanę za granicą, zależy to od najbliższych miesięcy. Na razie skupiam się na sztuce, w maju np. współpracuję z międzynarodową grupą multimedialną. Wystawimy nową, dosyć awangardową wersję"Alicji w Krainie Czarów". 

zamów z

merli amazon shop